banner daniela marszałka

Passo di Campogrosso

Autor: admin o poniedziałek 6. Sierpień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1458 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1012 metrów

Długość: 11,5 kilometra

Średnie nachylenie: 8,8 %

Maksymalne nachylenie: 14,4 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Człowiek uczy się całe życie. W przypadku górskich dróg, które przejeżdżam latem ciekawych rzeczy dowiaduje się tak w fazie projektowania planu podróży, w trakcie kolejnych dni wyprawy, a niekiedy i post factum. To znaczy na etapie zbierania danych do swej zimowej pracy domowej polegającej na próbie przelania do „sieci” informacji o rozmaitych zdarzeniach, osobistych wrażeniach jak i ciekawostkach związanych z odwiedzanymi miejscami. Tak było chociażby w przypadku górskiego łącznika pomiędzy przełęczami Fugazze i Campogrosso. Jak już wcześniej napisałem postanowiłem przejechać z jednej do drugiej po Strada del Re. Poniekąd dlatego, że chciałem przy tej okazji odwiedzić Ossario del Pasubio. Jak już wiadomo nasza próba przedarcia się do Campogrosso szlakiem wzdłuż wschodnich zboczy pasma Sengio Alto zakończyła się w okolicy Ponte Avis, mostu któremu nadano nazwę na cześć Włoskiej Organizacji Honorowych Dawców Krwi. Wiedziałem, że trasę z Fugazze do Campogrosso można też pokonać po trydenckiej stronie regionalnej granicy. Niemniej wydawało mi się, że jest ona znacznie dłuższa i przez to dla nas mniej praktyczna. Otóż nic bardziej mylnego. Okazuje się, że wjechawszy na Pian delle Fugazze (od strony Valli del Pasubio) wystarczyło pojechać jeszcze sto metrów prosto szosą SP46 i skręcić w lewo tuż za budynkiem Albergo al Passo di Costa (my zrobiliśmy to przed nim). Wjechalibyśmy wówczas na drogę SP219, zaś po dalszych 500 metrach musielibyśmy odbić jeszcze bardziej w lewo na węższą i co ważne zamkniętą dla ruchu samochodowego dróżkę o poetyckiej nazwie „Strada delle Sette Fontane”. Po przejechaniu ledwie 5,1 kilometra na spokojnej i chyba lepszej jakościowo drodze Siedmiu Fontann wjechalibyśmy na Passo di Campogrosso od północnej strony. Gdyby wczesnym popołudniem 6 sierpnia 2018 roku w tej górskiej okolicy było słonecznie to dziś pewnie żałowałbym, iż tak nie zrobiliśmy.

Niemniej w obliczu tego co spotkało nas w drodze powrotnej z Ponte Avis stwierdzić mogę, iż nadmiar wiedzy mógł nam tego dnia przysporzyć kłopotów. Gdybym bowiem wiedział, iż trydencki łącznik liczy sobie niespełna 6 kilometrów i tym właśnie szlakiem poprowadził swych kolegów na Campogrosso, to pewnie na niej zastała by nas ulewa, która około godziny wpół do drugiej nawiedziła Małe Dolomity. Musielibyśmy się schronić na dłużej w tamtejszym schronisku. Potem mielibyśmy zaś zagwozdkę: zjeżdżać do samochodu zostawionego w Valli del Pasubio czy zgodnie z wcześniejszym planem ruszyć w dół do Recoaro Terme, by za jednym „zamachem” zdobyć ową przełęcz z obu stron. Stało się inaczej i przynajmniej nie mieliśmy podobnych dylematów. Przy moście spędziłem wraz z Darkiem, a potem i Tomkiem około 20 minut. Już na początku zjazdu złapał nas deszcz, który szybko zaczął się nasilać. Pomimo deszczu Tommy zdecydował się czym prędzej zjechać do Valli del Pasubio. Dario dotarł na poziom Pian de Fugazze, gdzie mokry i wychłodzony zatrzymał się by przeczekać opady na zapleczu wspomnianego Albergo al Passo. Ja poruszałem się wolniej, jak zwykle robiąc co jakiś czas zdjęcia na potrzeby niniejszego pamiętnika. Dlatego też ulewa dopadła mnie na wysokości skrętu do Ossario del Pasubio. Tym samym zrezygnowałem ze zwiedzania tego miejsca pamięci. Po kolejnych kilkuset metrach dotarłem do Malga Cornetto i w tej gospodzie postanowiłem schować się przed nawałnicą. Tam pomiędzy jedną herbatą i drugą kawą, a może i pitną czekoladą spędziłem blisko półtorej godziny. Dopiero gdy około godziny trzeciej deszcz nieco zelżał wróciłem na szosę i dotarłem do Fugazze, gdzie ku swemu zdziwieniu spotkałem Darka. Spędziliśmy na tej przełęczy kolejne 25 minut czekając aż zupełnie przestanie padać i słońce nieco osuszy drogę. Ponieważ na pozostałych 11 kilometrach zjazdu nie zaniechałem fotografowania to do samochodu ostatecznie dotarłem kilka minut po szesnastej. Tym sposobem na niepozornej Fugazze spędziłem więcej czasu niż na wielkiej Monte Toraro.

Zrobiło się dość późno, a mieliśmy wszak jeszcze jedną górę do zdobycia. Trzeba było zatem jak najszybciej przenieść się do podnóża drugiego z poniedziałkowych wzniesień. Zdecydowanie najkrótszą drogą z Valli del Pasubio do Recoaro Terme był szlak przez Passo Xon (668 m. n.p.m.). Przełęcz bardzo skromną jak na alpejskie standardy. Rzecz można, że to przeprawa na miarę naszego beskidzkiego Przegibka. Musieliśmy przejechać samochodem 11-kilometrowy odcinek po drodze SP246. Najpierw prawie 7 kilometrów niezbyt ciekawego, zalesionego podjazdu. Potem niespełna 4 kilometry technicznego zjazdu z ładnymi widokami. Po południowej stronie Xon można by się zatem fajnie pobawić gdybyśmy tylko wdrapali się tu na rowerach. Po zjechaniu do Recoaro zaczęło się rozglądanie za miejscem do porzucenia auta na najbliższe dwie godziny. Nasze poszukiwania zakończyliśmy na podwórku przy via Giara, jakieś 700 metrów na zachód od centrum uzdrowiska. Na dobrą sprawę wjechaliśmy na pierwszy kilometr czekającego nas wkrótce podjazdu. Recoaro (dziś liczące niespełna 6300 mieszkańców) zostało założone w XIII wieku przez osadników germańskich. Również w późniejszym czasie Niemcy bywali tu gośćmi, acz niekoniecznie mile widzianymi. W roku 1881 roku zawitał tu pisarz i filozof Friedrich Nitzsche, zaś przeszło sześć dekad później swą siedzibę miały tu wojska Wehrmachtu pod dowództwem feldmarszałka Alberta Kesselringa. Miasto znane jest przede wszystkim ze swych wód mineralnych, których właściwości odkryto już w roku 1689. Obecnie są one wykorzystywane tak do celów medycznych (hydroterapia) jak i spożywczych (woda oligoceńska pod marką Lora). Giro d’Italia tylko raz finiszowało w Recoaro Terme i to dawno. Zakończył się tu piętnasty etap Giro z roku 1938 poprowadzony przez przełęcze Rolle i Fugazze. Wygrał go Giovanni Valetti z przewagą 1:46 nad Ezio Cecchim i 3:11 nad Settimio Simoninim. Valetti triumfował wówczas w całym wyścigu Dookoła Włoch, pod nieobecność Gino Bartalego, któremu faszystowskie władze „zleciły” zwycięstwo w Tour de France.

Passo di Campogrosso czyli przełęcz będąca naszym celem jest położona na terenie Piccole Dolomiti, w górach które swą nazwę zawdzięczają fizycznemu podobieństwu do prawdziwych Dolomitów, tych z pogranicza prowincji: Bolzano, Trento i Belluno. Na terenie Małych Dolimitów rozdziela ona górską grupę Carrega (max. 2259 m. n.p.m.) od wspominanego już sub-pasma Sengio Alto (max. 1899 m. n.p.m.). Podobnie jak Fugazze ta górska przeprawa jeszcze przed stu laty była przełęczą graniczną między Cesarstwem Austro-Węgier a Królestwem Włoch. Co ciekawe również w dawniejszych czasach oddzielała ona żywioł germański od romańskiego, bowiem do początków wieku XIX biegła tędy granica między Świętym Cesarstwem Rzymskim Narodu Niemieckiego a Republiką Wenecką. Wspinaczka z Recoaro na Campogrosso należy do najtrudniejszych w zachodniej części gór Prealpi Venete. O ile na podjeździe pod Pian delle Fugazze trzeba było się uporać z 7-kilometrowym segmentem o średniej stromiźnie 9%, to na tym wzniesieniu równie wysokie nachylenie miało nas trzymać przez ponad 10 kilometrów. Wiedząc jak trudna czeka nas przeprawa postanowiłem pokonać ją bardziej głową niż sercem. Świeżo w pamięci miałem swoje problemy na wcześniejszych drugich podjazdach (Foza & Verenetta). Co prawda Fugazze nie było równie wyczerpujące jak Valmaron, a tym bardziej Toraro i dodatkowo po deszczu temperatura była przyjemniejsza niż niedzielne popołudnie to mimo to wolałem nie forsować się przesadnie. Poniekąd i dlatego by zaoszczędzić siły na królewski etap wtorkowy, w ramach którego cała nasza siódemka miała wjechać na Monte Grappę zarówno od strony południowej jak i północnej. A zatem na Campogrosso nie zamierzałem się ścigać z Darkiem. Wołałem pojechać z pewną rezerwą, ot tak na 90% swych ówczesnych możliwości. Spróbowałem za to namówić Tomka do wspólnej jazdy. Aby to się udało ja nieco spuściłem z tonu, zaś mój młodszy kolega po raz pierwszy na tej wyprawie musiał przekroczyć swoją granicę komfortu.

Na start trzeba było się cofnąć kilkaset metrów, do ronda nieopodal miejscowego ratusza. W tym samym miejscu można też zacząć podjazd do Rifugio Battisti alla Gazza (1256 m. n.p.m.) o długości 10,8 kilometra przy średniej 7,5%. Obie wspinaczki na dwóch pierwszych kilometrach biegną równoległymi drogami po przeciwnych stronach potoku Agno. Przy czym prowadząca na Campogrosso szosa SP99 przemierza teren na jego brzegu lewym. Wystartowaliśmy razem o godzinie 17:12. Niemniej już po kilkuset metrach Darek zdał sobie sprawę, iż ma za mało powietrza w kołach, więc zjechał z trasy do naszego „boksu” dobić ciśnienie do pożądanej wartości. Tamże „dopadł” go właściciel posesji i grzecznie poprosił o nieznaczne przestawienie naszego samochodu. Ponieważ Dario na tym stromym podjeździe chciał się sprawdzić to po powrocie na drogę SP99 ponownie zjechał do ronda, by zacząć tą wspinaczkę od nowa. Gdy nasz kolega ruszał do boju z około 9-minutową stratą, my zaczynaliśmy trzeci kilometr tego wzniesienia. Już wcześniej na wysokości osady Giorgetti musieliśmy pokonać pierwszą ściankę czyli fragment z nachyleniem do 11,7%. Wkrótce tego rodzaju wskazania licznika miały stać się normą. Od połowy trzeciego do końca szóstego kilometra średnia stromizna wynosiła aż 10,1%. Przy tym ani razu nie spadła poniżej 7%, zaś na początku czwartego kilometra przekroczyła nawet 14%. W połowie czwartego kilometra przejechaliśmy przez wioskę Merendaore, w której naszą uwagę przykuł okrągły kościółek z bardzo oryginalnym dachem. Pod koniec piątego kilometra szosa znów obrała kierunek zachodni, ale nachylenie pozostało bez zmian. Okazja do złapania głębszego oddechu pojawiła się dopiero około półmetka podjazdu na wysokości Locanda Mezzo Cason (951 m. n.p.m.). Jednak po trzystu metrach płaskiego terenu góra odżyła i niemal od razu przetestowała nas na przeszło 500-metrowym odcinku o średnim nachyleniu 11%. Starałem się jechać solidnym tempem, acz miałem baczenie na poczynania Tomka. Ten trzymał się dzielnie. Owszem momentami tracił nieco dystansu, ale gdy nieco zwalniałem potrafił ponownie złapać kontakt.

Segment o długości 5,32 kilometra na dojeździe do Mezzo Cason pokonaliśmy w 30:32 (avs. 10,5 km/h z VAM 940 m/h). Na dolnej połowie podjazdu Darek był od nas o trzy minuty szybszy. Kolejnym miejscem do chwili relaksu był przejazd przez okolice Rifugio Piccole Dolimiti alla Guardia (1136 m. n.p.m.) na początku dziewiątego kilometra. Tu co prawda nie było zupełnie płasko, lecz przynajmniej nachylenie spadło do 6%. Do tego momentu Dario zdołał już odrobić 4:15. Po czterystu metrach względnego luzu góra znów postawiła nam twarde warunki. Najpierw trzeba było pokonać 1300 metrów o średniej stromiźnie 10,8%, zaś potem już niejako na dobicie kolejne 1500 metrów o średniej 9,5%. Po drodze w drugiej części dziewiątego kilometra pokonaliśmy najbardziej kręty odcinek tego wzniesienia, zaś na początku jedenastego przejechaliśmy przez dwa krótkie tunele wykute w zboczu Cima Campogrosso (1503 m. n.p.m.). Prawdziwa wspinaczka skończyła się zaś na styku naszej SP99 z południowym krańcem „Strada del Re”. Z tego miejsca do Rifugio Campogrosso brakowało już tylko 150 metrów, zaś do końca podjazdu niespełna pół kilometra. Przy czym 300-metrowy odcinek za wspomnianym schroniskiem był już prawie płaski. Zatrzymaliśmy się przy tablicach z widokiem na pastwisko. Darek nadjechał po około dwóch minutach. Według stravy przejechaliśmy segment o długości 10,91 kilometra w czasie 1h 04:46 (avs. 10,1 km/h z VAM 920 m/h), zaś Dario wdrapał się na przełęcz w równe 58 minut (avs. 11,3 km/h z VAM 1028 m/h). Zapewne dwie-trzy minuty zdołałbym urwać z naszego wspólnego czasu, ale z pewnością tego dnia na tej górze nie dotrzymałbym tempa Darkowi. Zaoszczędziłem nieco energii na Monte Grappę. Przy okazji pomogłem Tomkowi przełamać się psychicznie. Przekonał się, iż jest w nieco lepszej formie niż myślał. Do Recoaro Terme zjechałem kwadrans po siódmej. Zdążyliśmy jeszcze zrobić zakupy w małym sklepie spożywczym. Po czym nie chcąc wracać do Borso del Grappa „na głodnego” poszliśmy na pizzę do Ristorante da Geremia.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1754661193

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1754661193

ZDJĘCIA

20180806_047

FILMY

VID_20180806_183148

VID_20180806_184540

VID_20180806_190620