banner daniela marszałka

Archiwum dla Lipiec, 2012

Kum & Krvavec

Autor: admin o 11. lipca 2012

W środę 11 lipca zrobiliśmy trzecią i ostatnią wycieczkę na wschód Słowenii po autostradzie A1. Tym razem przyszło nam z niej zjechać nieco wcześniej, bo na wysokości Trojane. Stamtąd musieliśmy jeszcze odbić na południowy-wschód w rejon miasteczka Trbovlje. Jakieś trzy kilometry na południe od tej miejscowości zaczyna się bowiem uchodząca za jeden z najtrudniejszych podjazdów w tym kraju – niespełna 10-kilometrowa wspinaczka na górę Kum (1212 m. n.p.m.). Dojechawszy do Trbovlje po chwili poszukiwań zrezygnowaliśmy z postoju w centrum miasta i zawróciliśmy do miniętego przez kilkoma minutami podnóża wzniesienia. Początek tego podjazdu znajduje się na prawym brzegu rzeki Sawa, przy zjeździe z drogi nr 108 na wysokości fabryki materiałów budowlanych Lafarge. Dzień był słoneczny, acz po wczorajszym deszczu bardziej rześki niż dwa poprzednie. Około wpół do pierwszej na swoim liczniku zanotowałem temperaturę 26 stopni. Zaparkowaliśmy samochody zaraz za zakrętem na poboczu bocznej drogi. Byliśmy świadomi wyzwania jakie nas czeka, a nawet gdybyśmy nie oglądali czerwonego profilu tego wzniesienia to jego mroczny sekret szybko by nam zdradziła tablica drogowa stojąca na pierwszym metrach wspinaczki. Według niej maksymalna stromizna na tym podjeździe miała sięgać 16 %. W rzeczywistości „najmocniejszy” stumetrowy odcinek miał nachylenie nieco wyższe, bo 17,1 %. Na starcie można się było również dowiedzieć, iż podjazd znajduje się na terenie Parku Krajobrazowego objętego unijnym programem Natura 2000.

Od samego początku trzeba było wrzucić miękkie przełożenie. W moim przypadku najpierw 39×28, a później ostatni tryb w dostępnym mi pakiecie czyli 32. Niemal do końca drugiego kilometra droga wiodła w kierunku wschodnim, równolegle do wspomnianej rzeki z ładnym widokiem na jej dolinę. Stromy start przypominał początek szwajcarskiego podjazdu pod Les Planches nieopodal Martigny. Cała góra była jednak jeszcze cięższa. Najtrudniejsze były zaś pierwsze cztery, z których każdy miał średnie nachylenie ponad 10 %. W tym drugi kilometr aż 12,4 %. Po przejechaniu 3 kilometrów minąłem zjazd w prawo ku wiosce Skofja Riza, zaś niespełna kilometr dalej dobrnęliśmy do wioski Dobovec mijając Cerkev sv. Ana (3,9 km). Przejeżdżając przez centrum tej miejscowości trzeba było pokonać nad wyraz stromy odcinek i minąć lokalny Dom Strażaka (Gasilski Dom). Pokonawszy tą ściankę należało odbić w prawo za kapliczką poświęconą Matce Boskiej. Tu chwila odpoczynku i następna stromizna w lesie na której musiałem nieco spasować nie mogąc dłużej utrzymać koła Adama. Postanowiłem jechać dalej własnym, równym i możliwie mocnym tempem trzymając kontakt wzrokowy z naszą kozicą. Piąty i szósty kilometr miały nachylenie rzędu „tylko” 9,4 i 9,8 %. Na początku siódmego kilometra dwa ciasne zakręty blisko siebie i przed nami kilometr siódmy o wartości średniej 11,1 %. Jednym słowem teren dla typowych górali czyli kolarzy wagi lekkiej. Nieco łatwiej zrobiło się za osadą Lontovz, skąd już do końca strome odcinki miały się przeplatać z łagodniejszymi wpływając na nieco niższe niż wcześniej średnie nachylenie ostatnich trzech kilometrów tzn. 7,4 – 8,5 oraz 9,4 %.

Po przejechaniu 8,3 kilometra skończyła się jazda po asfalcie i wjechaliśmy na nawierzchnię szutrową. Adam jako pierwszy, ja zaś 10-15 sekund później. Na sypkim gruncie czułem się dość dobrze i zacząłem odrabiać straty do swego młodszego kolegi. Wjechaliśmy do gęstszego lasu, gdzie czekało na nas jeszcze parę stromych ścianek na sypkim gruncie. Jednym słowem dość niepewny teren. Nie były co wstawać w pedały ze względu na niemal pewnym uślizg tylnego koła. Z drugiej strony nie można było siedzieć głęboko na tyłach siodełka bo przednie koło rwało się do podskoku. Dwukrotnie musiałem wypiąć nogi z pedałów. Za drugim razem przejazd utrudniła mi dodatkowo poprzeczna rynna do odpływu deszczówki. Pomimo tego dosłownie na ostatnich metrach udało mi się dogonić Adama i do szczytu wzniesienia dojechaliśmy razem w czasie 51 minut i 50 sekund. Podjazd miał długość 9,84 kilometra i 996 metrów przewyższenia, więc wdrapaliśmy się ze średnią prędkością 11,320 km/h i wartością VAM 1153 m/h – w moim przypadku najwyższą na tym wyjeździe. Aby dotrzeć na szczyt trzeba było się nieźle namęczyć, ale było warto i to nie tylko dla własnej sportowej satysfakcji. Na mecie natknęliśmy się nie tylko na kapliczkę, maszt telewizyjny oraz schronisko Planinski Dom. Główną atrakcją był niewielki kościółek pod wezwaniem sv. Neza z towarzyszącą mu wieżą. Na jego tle zrobiliśmy sobie zdjęcia, po czym udaliśmy się w stronę schroniska, gdzie spędziliśmy nieco czasu na słonecznym tarasie, po południowej stronie tego budynku. Kum okazał się bardzo treściwym podjazdem. Może nie jest to „killer” a’la Zoncolan, Kitzbuheler Horn czy Mortirolo, lecz spokojnie można go wymieniać w jednym rzędzie ze wspinaczkami klasy Alpe di Pampeago.

Po zjechaniu do Trbovlje udaliśmy się w drogę powrotną do Radovljicy. Oczywiście nie na odpoczynek. Trzeba było przecież wyrobić naszą dzienną normę górskich wyzwań i zaliczyć drugą wspinaczkę. Na tą okoliczność wybrałem podjazd, na którym trzykrotnie rozstrzygał się wyścig Dookoła Słowenii czyli Krvavec. Pod tą nazwą w rzeczywistości kryje się góra  o wysokości 1971 metrów n.p.m. w Alpach Kamnickich. Natomiast sam podjazd ukrywa się w zbiorach „archivio salite” pod nazwą Planina Jezerca. Według profilu umieszczonego na tej stronie kończy się on na poziomie 1374 m. n.p.m. W rzeczywistości po asfalcie można tu dojechać na wysokość około 1420 metrów. Natomiast pokonując niezbyt stromy dwukilometrowy odcinek szutru da się wjechać przynajmniej o kilkadziesiąt metrów wyżej. Oczywiście zawodowcy musieli kończyć swe zmagania na końcu asfaltowej drogi gdzie znajduje się dość miejsca na przyjęcie uczestników wyścigu kolarskiego. Po raz pierwszy na Dirka po Sloveniji zmierzyli się z tą górą w 2008 roku. Najlepszy okazał się wówczas lokalny as Jure Golcer, który wyprzedził Włocha Franco Pellizottiego i Chorwata Roberta Kiserlovskiego. Nasz Przemysław Niemiec był tego dnia szósty. Rok później pierwszy na górze zameldował się inny Słoweniec Simon Spilak, który wyprzedził Chorwata Matiję Kvasinę oraz Włocha Domenico Pozzovivo. Czwarty był kontrolujący wydarzenia na wyścigu lider rodem z Danii Jakob Fuglsang. W sezonie 2010 podobnie jak dwa lata wcześniej zwycięstwo na tym królewskim etapie było kluczem do zwycięstwa w całej imprezie. Tym razem obie nagrody zgarnął Włoch Vicenzo Nibali, który na królewskim etapie wyprzedził swego rodaka Giovanni Viscontiego i Duńczyka Chrisa Ankera Sorensena.

Nie tylko z uwagi na ową popularność i znaczenie dla losów wspomnianego wyścigu podjazd pod Krvavec można nazwać słoweńskim L’Alpe d’Huez. Przede wszystkim pod względem profilu wspinaczka ta bardzo przypomina ten najsłynniejsza wspinaczkę w kolarskim światku. Gdy doliczymy szutrową końcówkę z dojazdem do schroniska Dom na Gospincu (1491 m. n.p.m.) okaże się, że ten podjazd ma również około 14 kilometrów długości, z których najtrudniejsze są dwa pierwsze, zaś najłatwiejsze dwa ostatnie. Krvavec zaczyna się w Grad,  północnym przedmieściu Cerklje nad Gorenjskem, kilkanaście kilometrów na wschód od lepiej znanego Kranju, który w 1994 roku gościł nawet wielkie Giro d’Italia. Przejazd z Trbovlje w teorii miał potrwać około godziny, lecz przebiegając bocznymi drogami w praktyce zajął nam co najmniej półtorej. Dlatego do kolejnej akcji ruszyliśmy dopiero kwadrans przed siedemnastą. Tak się akurat złożyło, że każdy z osobna: najpierw Darek, potem Piotr, następnie ja i w końcu Adam. Mimo późnego popołudnia zrobiło się bardzo ciepło czyli 34 stopnie na starcie na wysokości około 440 metrow n.p.m.  Pierwsze dwieście metrów było jeszcze łagodnym wstępem do prawdziwej wspinaczki. Potem trzeba było skręcić w prawo czyli kontynuować jazdę po drodze nr 639. Jednak o pomyłkę nie było trudno gdyż droga w lewo odchodziła ku stacji kolejki linowej prowadzącej na Krvavec. Adam i Darek nie dość dokładnie zapoznali się z profilem podjazdu i zwabieni ową nazwą odbili w lewo dokładając po swego przebiegu około osiem kilometrów, z czego połowę stanowił wcale niełatwy podjazd do wioski Stefanja Gora. Wiedząc, że droga na szczyt musi wieść przez miejscowość Ambmroz pod Krvavcem skręciłem w prawo tak jak minutkę wcześniej uczynił to Piotrek.

Od razu postanowiłem wykorzystać tryb z 28 ząbkami. Pod koniec tego trudnego odcinka dogoniłem Piotra, chwilę pojechaliśmy razem, a potem już każdy własnym tempem. Wraz z końcem drugiego kilometra, 500 metrów przed wioską Ravne należało zjechać z drogi nr 639 i odbić w lewo na Stiska vas. Po zakręcie jeszcze kilkaset metrów solidnego podjazdu, więc w sumie pierwsze 2,5 kilometra miało średnie nachylenie 9,9 %. Potem luźny, częściowo zjazdowy, kilometr w kierunku północnym i po wirażu w prawo dalsza część wspinaczki. Dodajmy od razu, że bardzo wymagającej, albowiem kolejne 7,5 kilometra miało średnio 8,7 %, zaś pierwsza połowa dziewiątego kilometra całego wzniesienia aż 12,2 %, w tym max. na poziomie 15,5 %. Ten najtrudniejszy fragment podjazdu znajdował się tuż za wspomnianą wioską Ambroz nad Krvavcem, na początku leśnego odcinka za kościółkiem św. Ambrożego. Stromizna potrzymała jeszcze przez trzy kilometry i dopiero ostatni kilometr przed Planiną Jezerca miał ulgowa wartość 4,1 %. Asfaltowy odcinek długości o długości 11,9 kilometra (od rozjazdu) i przewyższeniu około 960 metrów pokonałem w czasie 56 minut. Postanowiłem na tym nie poprzestawać, iż omijając szlaban pojechałem jeszcze w lewo by po szutrze dotrzeć najwyżej jak się da. Na mapach „google” najśmielsza ciągła linia dochodzi do poziomicy oznaczającej 1740 metrów n.p.m. Dla mnie przejezdna okazała się dwukilometrowy odcinek do wyciągu narciarskiego przed wspomnianym schroniskiem. Aby pojechać wyżej musiałbym mieć rower górski. W tym miejscu poczekałem na Piotra, zaś w drodze powrotnej do Planina Jezerca spotkaliśmy Adama. Na polanie poczekaliśmy na Darka, który po raz drugi zmylił drogę na rozjeździe przed Ravne. Tym sposobem Dario zrobił tego dnia znacznie większy dystans i przewyższenie niż moje 48 kilometrów i 2050 metrów.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Kum & Krvavec została wyłączona

Golte & Pavlicevo

Autor: admin o 10. lipca 2012

Trzeci etap naszej wycieczki z grubsza przebiegał według poniedziałkowego scenariuszu. W poszukiwaniu kolejnych górskich wrażeń również musieliśmy się udać na wschód i to niemal równie daleko jak dzień wcześniej. Tradycyjnie czekały nas dwa odcinki specjalne i jak zazwyczaj: trudniejszy na pierwszy ogień i łatwiejszy na dobicie. Pierwszym wyzwaniem miała być wspinaczka z miejscowości Mozirje na górę Golte (1380 m. n.p.m.), na którym w 2011 roku kończył się królewski odcinek wyścigu Dirka po Sloveniji. Drugim podjazd z Solcavy ku austriackiej granicy na przełęczy Pavlicevo (1339 m. n.p.m.). Ten pierwszy dłuższy i większy był swego rodzaju zagadką. Nigdzie w sieci nie mogłem znaleźć dokładnego profilu tego wzniesienia. Brakowało go zarówno na „zanibike”, „cyclingcols”, „altimetrias”, „qualdich”, „climbbybike”, a nawet na oficjalnej stronie wyżej wspomnianego wyścigu. Aby dać nam choćby przybliżoną odpowiedź na to czego możemy tu oczekiwać na stronie „google-maps” wyznaczyłem szlakowi prowadzący na tą górę. Następnie spisałem informacje na temat tego co ile metrów dystansu przekraczać powinniśmy kolejne 20 metrów w pionie. Na koniec wrzuciłem wszystkie uzyskane dane do programu „salitaker”. Efekt widoczny jest na załączonym obrazku. W ten sposób sporządziłem wykres do końca ujawnionej na mapie ścieżki, nie mając jednak pewności czy powyżej wysokości, na której finiszowali „profi” zastaniemy drogę zdatną dla kolarzy szosowych. Mogliśmy się spodziewać trudnej przeprawy z zatykającym dech w piersiach finałem.

Podobnie jak w poniedziałek nie tylko góra stanowiła wyzwanie. Warunki pogodowe były także mało sprzyjające. Gdy po przejechaniu 125 kilometrów około wpół do pierwszej dotarliśmy do Mozirje słońce dokazywało w zenicie. Grzało jeszcze mocniej niż w poniedziałek. Na starcie mieliśmy godną andaluzyjskich etapów Vuelty temperaturę 39 stopni. Na początek leciutko zjechaliśmy z  zabytkowego centrum miejscowości do ronda, z którego bierze swój początek droga nr 928. To z tego miejsca na wysokości około 340 metrów n.p.m. zaczęliśmy naszą zabawę. Pierwsze dwa kilometry mając średnie nachylenie 2,2 i 2,5 % stanowiły ledwie delikatny wstęp do prawdziwej wspinaczki. Minęliśmy obchodzący jubileusz sklep ogrodniczy na świeżym powietrzu, po czym przejechawszy 1,8 kilometra dotarliśmy do wioski Brezje. Pół kilometra dalej trzeba było zjechać z drogi nr 928 tzn. odbić w prawo na szlak samochodowy pod Golte. Droga na wprost szybko zawiodła by nas do miejscowości Radegunda i zarazem dolnej stacji kolejki linowej na ten szczyt. Ten rozjazd nie zwiódł naszej czujności. Pojechaliśmy na północ i dość szybko zakosztowaliśmy prawdziwie alpejskiej jazdy. Już czwarty kilometr podjazdu miał średnie nachylenie 7,7 %. Droga na zmianę wiodła przez łąki i lasy. Siódmy kilometr przebił czwarty mając średnio 8,2 %. Niedługo potem po przebyciu 7,2 kilometra dotarliśmy do największej na tym szlaku osady czyli Smihel nad Mozirjem z kościółkiem Sv. Michaela. Jak dotąd nawierzchnia była bez zarzutu.

Niemiła niespodzianka czekała nas kilkaset metrów dalej. Po przejechaniu 7,8 kilometra trzeba było skręcić w lewo kierując się na południowy-zachód . Tu na asfalcie najpierw pojawiły się żwirowe kamyczki, a wkrótce już cała szerokość drogi była kamienista. Co gorsza na tyle sypka, że wraz z początkiem dziewiątego kilometra wolałem na chwilę zejść z roweru i wsiąść nań ponownie na kolejnym wypłaszczeniu. Tym sposobem po przebyciu 8,2 kilometra najpierw Adam, potem ja i wkrótce Piotr dobiliśmy do rozdroża, na którym czekała nas kolejna zagadka nawigacyjna. Znaki drogowe sugerowały nam jazdę na wprost. Tym niemniej następne kilkaset metrów zapowiadało lawirowanie po szutrze w dodatku po nie wyglądającym na podjazd niemal płaskim terenie. Za to w prawo odchodziła stroma, nieco węższa niż dotychczas, lecz przede wszystkim asfaltowa droga w nieznane która jak chciałem Wierzyć była właściwym szlakiem na Golte. Ruszyliśmy w tą stronę, lecz po pokonaniu 2100 metrów z paroma stromymi ściankami na wysokości około 980 metrów n.p.m. dobiliśmy do końca asfaltowej ścieżki na dziedzińcu zagubionego w górach gospodarstwa rolnego. Tym samym zafundowaliśmy sobie dodatkową dawkę wspinaczki. Następnie wróciliśmy do rozdroża i postanowiliśmy dać szansę opcji na wprost. Odcinek szutrowy był na tyle długi, że traciłem już nadzieję na to, że w ogóle się skończy. Wątpiłem by po tej nawierzchni rok wcześniej śmigali zawodowcy. Wraz z końcem dziesiątego kilometra na wysokości bocznej drogi wyznaczającej zjazd do Radegundy dotarliśmy do upragnionego asfaltu. Najwyraźniej pokaźny odcinek długości 1800 metrów zerwano celem przeprowadzenia robót drogowych.

Trzysta metrów dalej po prawej stronie drogi wycięto kawałek lasu pod budowę zatoczki, a może przystanku autobusowego. Ostatnie pięć kilometrów tego podjazdu ma średnie nachylenie 9,3 %. Zdecydowanie najgorsze jest jednak ostatnie 1300 metrów, na których dogoniliśmy Darka. Mój starszy kolega jako jedyny w naszym gronie nie stracił czasu na wspomnianym rozdrożu. Ostatni kilometr ma średnio 12,3, zaś max. aż 18,1 %. Nie miałem wyboru i używane dotychczas przełożenie 39×24 musiałem zmienić na 39×28, a nawet na wielce oryginalne 39×32. Nie przypuszczałem, że tak szybko skorzystam z trybu przygotowanego z myślą o Monte Zoncolan. Odliczając czas stracony na bocznej drodze wspinaczka na Golte o długości 15,6 kilometra przy średnim nachyleniu 6,7 % zajęła nam godzinę i 4 minuty. Na górze było 29 stopni, więc warto było kupić mały drink w sklepiku z pamiątkami na końcu asfaltowej drogi. Zatrzymaliśmy się dokładnie w tym samym do którego dotarł wyścig Dookoła Słowenii na trzecim etapie swej ubiegłorocznej edycji. Odcinek ten jak i cały wyścig wygrał młody Włoch Diego Ulissi, który wyprzedził Chorwata Radoslava Roginę i Słoweńca Simona Spilaka. Gdybyśmy na mecie skręcili o 180 stopni w lewo moglibyśmy pojechać jeszcze wyżej, ale po kamieniach. Widać było jednak, że prace drogowe zostały w tym miejscu już rozpoczęte, więc być może za rok czy dwa szosowi amatorzy i zawodowcy będą mogli dotrzeć na „zaprojektowaną” przez mnie wysokość 1550 metrów. Gdy około 15:20 zjechaliśmy do samochodów w Mozirje było już „tylko” 31 stopni. Niebo zachmurzyło się. Po niemiłosiernym upale zanosiło się na letnią burzę.

Teraz czekała nas przeszło 30-kilometrowa podróż na północny-zachód do Solcavy u podnóża podjazdu na Pavlicevo sedlo. Pod koniec tego transferu złapał nas spodziewany deszcz. Zatrzymaliśmy się trzysta metrów za centrum miejscowości, w której ponad domami góruje wybudowany w iście tyrolskim stylu kościół Matki Boskiej Śnieżnej (Svete Marije Snezne). Ze względu na zapłakaną aurę nie śpieszyło nam się w drogę. Postanowiliśmy przeczekać ulewę w samochodach. Darek postanowił odpuścić sobie jazdę po mokrej nawierzchni, tym bardziej że w tych warunkach wyraźnie się ochłodziło. Po upływie około 30 minut deszcz zaczął słabnąć, więc w 3-osobowym składzie postanowiliśmy spróbować szczęścia. Piotrek ruszył jako pierwszy. Następnie ja z Adamem, choć szybko zacząłem jechać sam gdyż mój kolega wolno się rozkręcał. Pierwsze cztery kilometry były łatwe. Najtrudniejszy trzeci kilometr miał średnie nachylenie zaledwie 2,6 %. Po przejechaniu 1,6 kilometra po prawej stronie drogi minąłem Dom Gościnny „First Logarska Dolina”. Droga dalej wiła się łagodnie mając po prawej zalesione stoki gór, zaś po lewej bystry potok Slavinija. Dokładnie po przejechaniu dojechałem na wysokość kościółka Chrystusa Króla (Kapela Kristusa Krajla) u wrót to Logarskiej Doliny. Zamknięty dla rowerów wjazd do tego uroczego miejsca z pięknym widokiem na górskie szczyty zaczynał się na bocznej drodze odchodzącej w lewo. Natomiast nasza droga nr 428 niedługo później odbijała w prawo.

Dopiero w tym miejscu zaczynała się dla nas prawdziwa wspinaczka. Już piąty kilometr miał średnio 5,7 %, lecz był to tylko wstęp do trudnej drugiej połówki tego wzniesienia. Na pozostałych do granicy sześciu kilometrach stromizna poszczególnych odcinków oscylowała między 7,7 a 9,9 % przy max. 13,9 %. Najtrudniejszy był ósmy, lecz niewiele łatwiejszy dziesiąty na poziomie 9,4 %. Po przejechaniu 8,4 kilometra trzymając się swojej drogi nr 428 minąłem odchodzącą na północ boczną drogę nr 927. W tych okolicach dogoniłem Piotra, zaś niedługo potem obu nas dopadł Adam. Dalej postanowiliśmy już jechać zgodnie czyli w trójkę. Wraz z końcem dziewiątego kilometra minęliśmy ostatnie przed przełęczą przydrożne domki. Z biegiem czasu zza chmur co raz śmielej zaczęło wyglądać słońce. Pojawiła się szansa na to, iż nieco osuszy ono nawierzchnię drogi przed naszym zjazdem. Po przejechaniu 11,5 kilometra od naszego postoju dotarliśmy do końca wspinaczki na opuszczonym przez urzędników obu nacji posterunku granicznym. Na pokonanie wzniesienia o długości 11,5 km i średnim nachyleniu 5,9 % potrzebowałem 42 minut i 20 sekund przy przeciętnej prędkości 16,3 km/h. Na łatwym początku jechałem z przełożeniem 39×18. Natomiast w drugiej części podjazdu korzystałem z trybu 21, a następnie 24. Zrobiliśmy sobie zdjęcia po austriackiej stronie granicy. To znaczy na terenie Karyntii słynącej w kolarskim światku z tak ekstremalnych podjazdów jak „potworna piątka” czyli: Koralpen Grosser Speikkogel, Lammersdorfer Berg, Grosser Oscheniksee, Weisssee, Grosssee oraz południowego Grossglocknera w dwóch wersjach pt. Hochtor i Franz-Josef Hohe. Na zjeździe udało mi się uwiecznić nie tylko kilka ładnych widoczków, lecz również parującą z szosy wilgoć. Do siedzącego na posterunku w Solcavie Darka zjechaliśmy kwadrans po szóstej. W sumie przejechaliśmy tylko 60 kilometrów, ale z solidnym przewyższeniem 1800 metrów.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Golte & Pavlicevo została wyłączona

Rogla & Areh

Autor: admin o 9. lipca 2012

Wybierając wzniesienia na pięć dni naszego pobytu w Słowenii przeglądałem „archivio salite” ze strony www.zanibike.net pod kątem najwyższych, największych i najtrudniejszych podjazdów jakie ten niewielki kraj ma w swej kolarskiej ofercie. Najmilej widziane były górki o przewyższeniu około tysiąca metrów, a przy tym przetestowane w ostatnich kilkunastu latach przez kolarzy uczestniczących w czerwcowym wyścigu Dookoła Słowenii (Dirka po Sloveniji). Oba te kryteria spełniał pierwszy z podjazdów przewidziany na poniedziałkowe popołudnie 9 lipca czyli droga z miasteczka Zrece do stacji narciarskiej Rogla w paśmie Zrece Pohorje. Drugi z wybranych podjazdów czyli wspinaczka ze Spodnie Hoce do hotelu Areh przy osadzie Lobnica w paśmie Mariborsko Pohorje wskoczył na moją „listę życzeń” z racji sporego przewyższenia, choć nic mi nie wiadomo o tym by kiedykolwiek zajechali tam uczestnicy wspomnianego wyścigu. Nasz turystyczno-sportowy objazd niewielkiej Słowenii postanowiłem zacząć od wzniesień położonych najdalej na wschód i zarazem najdalej od naszej bazy noclegowej w Radovljicy. Na start pierwszego z poniedziałkowych odcinków czekał nas przeszło 150-kilometrowy dojazd, lecz cóż to było wobec sobotnio-niedzielnego maratonu. Na szczęście droga do Zrece miała nam zająć „tylko” półtorej godziny dzięki temu, że prawie całą trasę stanowili trzy drogi szybkiego ruchu tzn. prowadząca na południe autostrada A-2, północna obwodnica Ljubljany oraz lecąca na wschód A-1.

Dzień był gorący i bardzo słoneczny. Gdy około trzynastej zatrzymaliśmy się na parkingu przed marketem SPAR tuż przed Zrece istny żar lał się z nieba. Na starcie licznik pokazywał mi temperaturę 38 stopni. W takich warunkach mieliśmy pokonać podjazd długości 14,3 kilometra o średnim nachyleniu rzędu 7,2 %, na którym w 2001 roku rozegrano górską czasówkę podczas Dirka po Sloveniji. W drogę ruszyliśmy kwadrans po godzinie pierwszej. Na rozgrzewkę mieliśmy do pokonania dwa niemal płaskie kilometry przez centrum Zrece. Szosa zaczęła się delikatnie wznosić dopiero za rondem, na którym ustawiono rzeźbę wykonaną z metalu. Trzeci kilometr miał jednak ledwie 2,2 %. Podjazd uwidoczniony na załączonym profilu zaczął się dopiero po przejechaniu 3,3 kilometra po skręcie w prawo na wysokości hotelu Pod Roglo. Pierwszy kilometr prawdziwego wzniesienia miał jeszcze umiarkowane nachylenie 6,7 %. Natomiast każdy z czterech następnych co najmniej 8 % przy max. blisko 12 %. Najtrudniejszy na całej górze był kilometr trzeci o średniej 9,1 %. Stosunkowo szybko zostałem sam na czele, acz poniekąd z tego powodu, że Adam doważył się na ten wypad „lustrzanką” aby robić zdjęcia w akcji czyli na samym podjeździe. Dlatego sam musiałem sobie regulować tempo jazdy, aczkolwiek trudno było mi się zorientować na ile szybko jadę. Po wcześniejszych problemach z pomiarem dystansu i prędkości na swym liczniku CM 436M pożyczyłem od Adama jego rezerwowy Echo-F2. Mając zamontowane oprzyrządowanie do obu liczników w chwilach gdy mój komputer „wracał do gry” miałem podwójne naliczanie i w konsekwencji odczyt rzędu 30 km/h na podjeździe i „mrożącą krew w żyłach” prędkość 120 km/h na zjazdach.

Podjazd w dolnej części prowadził przez teren odsłonięty tego dnia mocno nasłoneczniony. Na drugim kilometrze minęliśmy osadę Boharina, zaś na szóstym nieco łatwiejszym kilometrze Padevski vrh. Dopiero za tą wsią droga schowała się w lesie chroniącym nas przed promieniami słońca. Ostatnia osadą przed szczytem była wieś Resnik. Pomiędzy siódmy a trzynastym kilometrem średnie nachylenie wahało się na solidnym poziomie od 6,6 do 8,1 % i dopiero na ostatnim kilometrze spadła do średniej 5,5 %, acz finałowe dwieście-trzysta metrów wieńczyło to wzniesienie z przytupem. Na górę wjechałem w czasie niespełna 63 minut od centrum Zrece. Pokonanie ostatnich 14 kilometrów zajęło mi około 57 minut. Tymczasem zwycięzca wspomnianej czasówki Faat Zakirov na 16,5–kilometrowej trasie ze startem w Zrece potrzebował przed jedenastu laty 42 minut i 27 sekund. Rosjanin wyraźnie pokonał Słoweńca Derganca oraz Chorwata Mihojlevicia i dokładnie taka sama kolejność była na mecie całego wyścigu. Co ciekawe w czołowej „10” tego dnia było trzech Polaków, w tym bracia Seweryn i Sławomir Kohutowie, którzy w generalce tej imprezy zajęli miejsca czwarte i piąte. Tym niemniej Rogla najbardziej znana jest jako centrum sportów zimowych. W ostatnich latach organizowano tu zawody Pucharu Świata w biegach narciarskich i snowboardzie. Justyna Kowalczyk wygrywała tu już dwukrotnie w grudniu 2009 i 2011 roku. Na szczycie w ośrodku wciąż było ciepło czyli 28 stopni. Wokół kilka hoteli, wyciągów, boisko do piłki nożnej, oryginalnych kształtów kościółek a także ośrodek im. Petry Majdić, do niedawna jednej z najgroźniejszych rywalek naszej mistrzyni „wąskich desek”. W sumie ciężki podjazd, lecz regularny bez przesadnie stromych fragmentów. Murowany kandydat do grona wzniesień pierwszej kategorii, na tyle wymagający by zmusić mnie do jazdy na przełożeniu 39×24 i jedynie okazjonalnego korzystania z twardszego trybu 21.

Na parking przy wylocie z miasteczka wróciliśmy około wpół do czwartej. Pora dnia była iście obiadowa, ale nie mieliśmy czasu na gorący posiłek. W zastępstwie poszliśmy na zakupy do goszczącego nas marketu. Potem zaś ruszyliśmy jeszcze dalej na wschód do położonej ledwie 10 kilometrów od centrum Mariboru miejscowości Spodnje Hoce. Tu zatrzymaliśmy się jakieś 300 metrów na zachód od zjazdu z autostrady A-1, w sąsiedztwie sklepu sieci Mercator i budynku miejscowej Poczty. Z tego miejsca zaatakować mieliśmy podjazd  dłuższy, lecz zarazem mniejszy od zdobytej już Rogli. Cel naszej wspinaczki czyli hotel Areh wybudowano na wysokości około 1250 metrów n.p.m. w pobliżu cerkwi św. Areh. Prowadzi nań podjazd długości 17,5 kilometra o średnim nachyleniu 5,5 %. Jednym słowem miał on być wyraźnie łagodniejszy niż pierwsze danie z naszego poniedziałkowe menu. Tym niemniej tak warunki jakie postawiła nam Rogla jak i niemiłosierny upał jeszcze przed startem do tego wzniesienia wycisnęły z nas nie małą dozę sił witalnych. Tymczasem upał nie zamierzał odpuszczać. Kwadrans przed godziną siedemnastą wciąż było jeszcze 35 stopni. Co gorsza czekający nas teraz podjazd w dolnej części podobnie jak Rogla wił się wśród pól i łąk czyli w terenie nie dającym osłony od słońca. Ruszyliśmy całą czwórką przy czym Darek i Piotr dość szybko spasowali. Pierwsze skrzypce grał Adam, któremu z trudem dotrzymywałem kroku. Pierwszą miejscowością na tym szlaku są Zgornje Hoce (1,9 km), za którą spotkaliśmy pierwsze serpentyny. Pomiędzy nimi skręt ku wiosce Polana (3,7 km).

Po sześciu dalszych kilometrach oraz serii następnych zakrętów dojechaliśmy do wioski Slivnisko Pohorje na wysokości około 770 metrów n.p.m. Jak na razie najtrudniejsze były kilometry: szósty i ósmy o nachyleniu 6,1 i 6,2 %, zaś do pokonania zostało niespełna osiem kilometrów i blisko 500 metrów przewyższenia. Najtrudniejsze miały się okazać kilometry jedenasty i szesnasty, oba o średniej 6,5 %. Nic strasznego jak widać, więc mimo zmęczenia tryb z 24 ząbkami tym razem był nieprzydatny. Jechałem więc głównie na przełożeniu 39×21, zaś tam gdzie droga odpuszczała lub też Adam „dodawał do pieca” musiałem się pożytkować trybem 19. Na sześć kilometrów przed finałem droga na dobre schowała się górskim lesie. Kilometr drogi prowadząca nas ku górze droga nr 929 rozjeżdżała się na dwie strony świata. W prawo na północny-wschód ku miasteczku Pekre oraz w lewo na południowy-zachód ku Frajhajm. Trzeba było wybrać tą drugą opcję, przy czym pod koniec piętnastego kilometra zignorować znaki kierujące do wioski i jechać dalej na zachód drogą 929 nazywaną teraz Odcep za Areh. W końcówce pogorszyła się nawierzchni drogi. Kilkaset metrów przed końcem minęliśmy przydrożny staw. Potem jeszcze ostatnie strome ścianki i upragniony finał przed hotelem. Całe wzniesienie zmęczyliśmy w czasie 59 minut i 20 sekund czyli ze średnią prędkości 17,7 km/h. U góry dojechaliśmy jeszcze do końca szosy, po czym poczekaliśmy na bardziej zmęczonych kolegów. Po przeciwnej stronie drogi względem hotelu stoi tam biały kościółek oraz motel z gospodą Ruska Koca. Do Spodnje Hoce zjechaliśmy o godzinie dziewiętnastej, zaś do Radovlicy dotarliśmy dopiero o zmroku, co w tych dniach miało stać się naszym zwyczajem. W nogach mieliśmy 69 kilometrów i około 2060 metrów przewyższenia, zaś w planach znacznie trudniejsze wyzwania.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Rogla & Areh została wyłączona

Rudno Polje (Pokljuka)

Autor: admin o 8. lipca 2012

Cztery tygodnie po powrocie z Wogezów nadszedł czas na zmierzenie się z mym głównym celem na sezon 2012. Tym razem areną nierównej walki lichego człowieka z potężnymi Alpami miały być górskie drogi Słowenii i północno-wschodnich Włoch. Wycieczkę w te właśnie strony zaplanowałem chcąc wymazać białe plamy na mapie swych alpejskich zdobyczy. Pomimo, że do tego czasu pokonałem już blisko sto poważnych wzniesień na terenie Italii tylko jedno z nich znajdowało się w regionie Friuli-Venezia Giulia. Z kolei Słowenia była dla mnie ziemią całkowicie nieznaną i zarazem jedynym z krajów alpejskich, do którego począwszy od lata 2003 roku nie zdążyłem jeszcze zajrzeć. Jak zwykle w ostatnich latach na spotkanie przygodzie ruszył mój wypróbowany kompan Darek Kamiński. Natomiast załogę drugiego samochodu stanowili Piotrek Walentynowicz (który zadebiutował na szosach Włoch i Szwajcarii w sierpniu 2011 roku) oraz Adam Kowalski (po raz pierwszy uczestniczący w ekspedycji wedle mojego scenariusza, acz mający na swym koncie udział w tak ciężkich wyścigach jak GF Giordana, GF Coppi czy La Marmotte). Największym jednostkowym wyzwaniem podczas całej dwutygodniowej wyprawy miało być pokonanie zachodniej ściany słynnego Monte Zoncolan. Niemal równie cennym klejnotem w naszej kolekcji miał się stać jego sąsiad Monte Crostis oraz słoweński Mangart. Poza tym jeszcze szereg pierwszej klasy wzniesień rodem z wielkiego Giro d’Italia i małego Dirka po Sloveniji oraz  tych równie trudnych, acz nieznanych z tras profesjonalnych wyścigów. Na deser zaś zaplanowałem sobie i kolegom start w La Leggendaria czyli GF Charly Gaul na trasie wokół Trento z dwukrotną wspinaczką pod masyw Monte Bondone.

Do Słowenii ruszyliśmy 7 lipca czyli w sobotni, a nie piątkowy wieczór. Poniekąd dlatego, że przed wyjazdem chciałem obejrzeć końcówkę pierwszego z górskich etapów Tour de France, który kończył się na górze Planche de Belles Filles wieńczącej nasz czerwcowy wyścig Les 3 Ballons. Piotrek z Adamem ruszyli w daleką drogę już późnym popołudniem, zaś ja z Darkiem jak zwykle z pewnym poślizgiem czyli wczesnym wieczorem. Umówiliśmy się z naszymi młodymi towarzyszami na spotkanie gdzieś na niemieckiej autostradzie, najlepiej w okolicy Norymbergii. Nad ranem przespaliśmy się dwie-trzy godziny na jednym z przydrożnych parkingów i dalej pojechaliśmy już razem, pozostając ze sobą we wzrokowym kontakcie. Jako, że naszym celem była Słowenia tym razem w okolicy Monachium nie obraliśmy kursu na Innsbruck i przełęcz Brenner, lecz odbiliśmy na wschód w kierunku Salzburga. Dojechawszy w te strony skręciliśmy na południe autostradą A10 aby przez okolice Flachau, Saint Michael in Lungau, Spittal an der Drau dobić w rejon Villach, które 25 lat wcześniej gościło uczestników Mistrzostw Świata w kolarstwie szosowym. Dalej ruszyliśmy autostradą A11 i niedługo po minięciu Saint Jakob im Rosental wjechaliśmy do liczącego ponad 7800 metrów Karawankentunnel, którego budowę ukończono w 1991 roku. Po drugiej stronie tego tunelu czekała już na nas Słowenia. Na wysokości Jesenic kupiliśmy tygodniowe winiety za 15 Euro, które w najbliższych pięciu dniach miały nam umożliwić zwiedzenie większej części tego ładnego, acz niedużego kraju. Około siedemnastej dobiliśmy do naszej pierwszej bazy noclegowej w Radovljicy – 6 kilometrów na południowy-wschód od lepiej znanego Bledu.

Za stosunkowo nieduże pieniądze udało mi się wynająć na pięć nocy obszerny apartament z salonem, aneksem kuchennym, dwoma mniejszymi pokojami oraz łazienką w domu należącym do rodziny Josefa Jansa. Zważywszy na porę, w której dojechaliśmy na miejsce stało się oczywiste iż tego dnia nie zdziałamy już zbyt wiele. Na szczęście dosłownie pod naszym bokiem mieliśmy jeden z wybranych przez mnie podjazdów, więc nie czas było spisywać tego dnia na straty. Po około dwóch godzinach potrzebnych na rozpakowanie się, chwile odpoczynków i mały posiłek ponownie wsiedliśmy do samochodów i udaliśmy się do Bledu. Na dobry początek mieliśmy zaliczyć podjazd do Pokljuki czy też ściślej mówiąc na strzelnicę usytuowaną na terenie w Rudno Polje (1346 m. n.p.m.). To znaczy pokonawszy niespełna 21 kilometrów i około 840 metrów przewyższenia przenieść się na rowerach ze letniego świata wioseł do ożywającej zima mekki biathlonu. Bled znany jest turystom z pięknego jeziorka, wyspy z XV-wiecznym kościołem oraz zamku z XI wieku wzniesionego na skale u wschodnim brzegów tego akwenu. Kibicom sportowym Blejsko jezero kojarzyć się powinien przede wszystkim jako arena międzynarodowych zawodów w wioślarstwie. Czterokrotnie organizowano na nim Mistrzostwa Świata, po raz ostatni w 2011 roku. Z kolei Pokljuka od dwudziestu lat gości najlepszych biathlonistów świata w zawodach z serii Pucharu Świata, zaś Mistrzostwa globu organizowano to już dwukrotnie. Przy czym w 1998 roku ścigano się tu tylko na trasie nie-olimpijskich wówczas wyścigów pościgowych. Natomiast w 2001 roku był to już :”pełnowymiarowy” czempionat.

Podjechawszy do centrum Bledu około wpół do ósmej wieczorem nie mieliśmy czasu podziwiać uroków wspomnianego jeziorka. Czas było ruszać w góry zanim się ściemni. Z parkingu przed halą sportową wyskoczyliśmy na ulicę Presernova cesta, na której z poziomu 507 metrów n.p.m. mieliśmy zacząć naszą wspinaczkę. Właściwy start opóźnił się nam jeszcze o dziesięć minut z uwagi na problemy Darka z rowerem. Kilka pierwszych kilometrów było na tyle łatwych, iż udało nam się je przebyć w zwartym szyku. Po przebyciu 3,3 kilometra dojechaliśmy do miejscowości Spodnje (vel Dolne) Gorje. Tu z drogi nr 634 zjechaliśmy w lewo na szosę nr 905, by po pokonaniu kolejnego kilometra minąć Zgornje (Górne) Gorje 4,4 km od startu. Jednak dopiero po wyjeździe z uliczek Krnicy (5,6 km) podjazd stał się wyraźnie trudniejszy. Zresztą cała drogę na Rudno Polje rozbić można na trzy wyraźne części tzn. łatwy początek, stosunkowo trudny środek czyli 7,5 km przy średnim nachyleniu 6,8 % i max. 15 % oraz szybka bo niemal płaska końcówka. Na stromym został już ze mną tylko Adam. Na pagórkowatych Kaszubach strzelający z grupy przy mocniejszym tempie tu w dużych górach będącym wycieniowanym nie gorzej od Sylwka Szmyda czy Przemka Niemca czuł się jak „ryba w wodzie”. Szybko poznałem odpowiedź na pytanie kto najbardziej będzie mnie mobilizował do jazdy na maxa podczas tej wyprawy. Zgodnie zmienialiśmy się na prowadzeniu. Zważywszy na dzielącą nas różnicę kilkunastu kilogramów wyglądało to tak jakby Cancellara próbował w górach dorównać jednemu z braci Schleck. Tym niemniej mimo drobnych problemów z rowerem udało mi się bez większych kłopotów dotrzymać kroku swemu koledze.

Najtrudniejsze był początek owego środka czyli kilometr siódmy i ósmy – odpowiednio o nachyleniu 9,8 i 9,3 %. Niewiele łatwiejsze dziesiąty i dwunasty o stromiźnie 8,6 i 8,4 %. Po drodze minęliśmy osadę na leśnej polanie (9,3 km), zaś niespełna dwa kilometry dalej zjazd ku wiosce Pokljuka (11,2 km). Stromy odcinek skończył się po trzynastym kilometrze. Natomiast po przejechaniu 14,7 km droga nr 905 skręcała na południe ku Bohinjskiej Bistricy. Tymczasem my musieliśmy jechać dalej na zachód pomniejszą dróżką prowadzącą wprost na Rudno Polje. Moje tylne koło zdawało się niestabilne, więc podejrzewałem iż bardzo powoli uchodzi z niego powietrze. Dlatego na ostatnich 6 kilometrach wrzuciłem łańcuch na dużą tarczę i czym prędzej starałem się dotrzeć do końca wspinaczki. W tym łatwym terenie i sprzyjającym mi terenie dość mocno naciągnąłem Adama. Niemniej ostatecznie do ośrodka przy strzelnicy dotarliśmy razem w czasie niespełna 63 minut z przeciętną prędkością około 19,4 km/h. Na górze niewielu było ludzi. Za to znacznie więcej chodzących samopas krów. Pokręciliśmy się chwilę po tamtejszych alejkach, zaś po 5-10 minutach dojechał do nas najpierw Piotr i niedługo później Darek. Zbliżała się już 21-wsza, więc zrobiło się zarazem rześko jak i szaro stąd nie było co liczyć na ładne zdjęcia u góry, a tym bardziej na zjeździe przy zapadającym już powoli zmroku. Zanim jako ostatni dotarłem do stromej części zjazdu była już praktycznie noc. Kręty zjazd w mroku po średniej jakości nawierzchni, w dodatku bez świateł przy rowerze był przeżyciem z niemałą dozą dreszczyku. Tym niemniej na co dzień nie polecam nikomu tak nierozważnej zabawy.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Rudno Polje (Pokljuka) została wyłączona