banner daniela marszałka

San Bernardino & Monte Bre

Autor: admin o poniedziałek 8. Sierpień 2011

Poniedziałek 8 sierpnia zapowiadał się na niemal równie ciężki dzień co deszczowa niedziela. W naszym programie na czwarty etap tej podróży mieliśmy blisko 200-kilometrowy transfer z Ghiffy w Piemoncie do Chiavenny w Lombardii w znacznej części prowadzący biegnący drogami Szwajcarii. Przejazd szlakiem trzech jezior: Maggiore, Lugano i Como. Po drodze dwa przystanki na terenie Konfederacji cele zdobycia dwóch szwajcarskich wzniesień. Pierwsze z nich na miarę premii górskiej najwyższej kategorii, drugie znacznie niższa i krótsze, acz wciąż godne statusu podjazdu klasy pierwszej. Tego ranka nad Lago Maggiore w końcu nieśmiało wyjrzało słońce. W drogę ruszyliśmy około 9:15 i po niespełna 30 minutach jazdy po raz ostatni przekroczyliśmy posterunek graniczny w Poggio di Valmara. Dalej jadąc po krajowej „13” pokonawszy przeszło kilometrowy tunel wjechaliśmy do Ascony i zaraz potem do Locarno. Tu znów się nieco pogubiliśmy i straciliśmy kontakt z ekipą Jakuba. Odtąd byliśmy z chłopakami tylko na telefonicznych łączach. Naszym celem na przedpołudnie było dotarcie do Lostallo, wioski leżącej w strefie języka włoskiego, lecz na terenie kantonu Graubunden (po włosku Grigioni). Za Locarno i Minusio skierowaliśmy się więc na Bellinzonę, niespełna 18-tysięczne miasteczko będąca stolicą kantonu Ticino. Następnie na wysokości Arbedo-Castione trzeba było odbić na wschód i wybrać jedną z dwóch dostępnych „13-stek”. Ja wybrałem wolniejszą, acz ładniejszą krajobrazowo drogę krajową. Nasi kompani obrali tymczasem kurs na autostradę, więc jako pierwsi zameldowali się w Lostallo. Na miejsce postoju wybrali parking przy restauracji na północnym skraju wioski, w sąsiedztwie zjazdu ze wspomnianej autostrady.

Tym samym nasz atak na San Bernardino mieliśmy zacząć z poziomu 432 metrów, nieco wyższego pułapu niż wskazany na załączonym profilu. Czekało nas nie lada wyzwanie. Podjazd na wysokość 2065 metrów n.p.m. o długości 30 kilometrów i przewyższeniu ponad 1600 metrów robi wrażenie. Wyróżnia się nawet w Alpach, gdzie nie brak wszak wzniesień jeszcze wyższych, dłuższych i większych. Passo di San Bernardino to również miejsce o dużym znaczeniu dla dziejów Tour de Suisse. W blisko 80-letniej historii tego wyścigu przejeżdżano przez nią aż 21 razy. Organizatorzy TdS częściej zwykli korzystać tylko z przełęczy Świętego Gotarda i Lukmanier. San Bernardino znalazła się trasie szwajcarskiego touru już podczas drugiej edycji z 1934 roku. Jako pierwszy wspiął się na nią Włoch Francesco Camusso (zwycięzca Giro d’Italia z sezonu 1931), który tego dnia wygrał też etap z metą w Lugano. Wtedy jednak przełęcz tą forsowano od strony północnej. Podobnie było za drugim, trzecim oraz czwartym razem i dopiero przy piątej okazji w 1939 roku kolarze musieli się zmierzyć ze znacznie trudniejszym południowym obliczem tej góry. Pogromcą tego olbrzyma okazał się wówczas inny Włoch Enrico Mollo. W pierwszych latach po II Wojnie Światowej dwukrotnie zdobywcą San Bernardino został jego wielki rodak Gino Bartali. Triumfator Giro d’Italia i Tour de France jako pierwszy podjechał pod tą przełęcz od południa w 1946 i od północy w 1947 roku – w obu przypadkach na drodze do generalnych zwycięstw w Tour de Suisse. Dwukrotnie pierwszy na tej przełęczy był też inny triumfator TdF Szwajcar Ferdinand Kubler. Dziś 92-letni „Ferdi” wygrał TdS aż trzykrotnie, acz nie w latach 1950 i 1952 gdy zdobywał naszą przełęcz od „włoskiej” strony. W ostatnim ćwierćwieczu przełęcz ta nieco straciła na swym wyścigowym znaczeniu. Od 1986 roku TdS zajrzał na nią tylko pięciokrotnie. Po raz ostatni w sezonie 2003, gdy premię górską na etapie z Ascony do La Punt wygrał kolejny Włoch Massimo Giunti.

W Lostallo słoneczko nieźle przygrzewało, zaś licznik postraszył mnie nawet wskazaniem 41 stopni Celsjusza. Była to gruba przesada, gdyż sprzęt nagrzał się w samochodzie. Niemniej spokojnie mogę przyjąć, że na starcie mogliśmy się cieszyć nie tylko pogodną aurą, ale też temperaturą 25 stopni. Na spotkanie z gigantem wyruszyliśmy około 11:30. Darek wystartował z lekkim zapasem nad pozostała czwórką. Pierwsze 6 kilometrów były łatwe tzn. o średnim nachyleniu 2,5 %, stąd przejechałem je z przeciętną 27 km/h. Długie proste i niemal płaskie odcinki urozmaicone jedynie trzema kilkusetmetrowymi hopkami, na których nachylenie dochodziło do 7 czy 7,5 %. Po przejechaniu 1,2 kilometra przejechaliśmy przez Cabbiolo. Z górskiego masywu po lewej stronie drogi z hukiem spadał wodospad, zaś nieco wyżej wzrok przykuwała linia kolejowa chowająca się w górskim tunelu. Wraz z końcem drugiego kilometra złapaliśmy Darka. Po 3 kilometrach minęliśmy osadę Ara. Z początku tempo dyktował przede wszystkim Jakub. Tymczasem Piotrek musiał się na chwilę zatrzymać, aby wyjąć sobie kamyczek z buta. Kuba toczący z nim cichą walkę o drugie miejsce w naszej prywatnej „generalce” nie zamierzał mu bynajmniej ułatwiać zadania w odzyskaniu kontaktu z nami. Wraz z końcem szóstego kilometra tj. na wysokości leżącej po lewej stronie wioski Soazza ponownie zrobiło się ostrzej. Nachylenie skoczyło do blisko 12 % i w tym momencie zgubiłem Jakuba. W tym miejscu skręciwszy w prawo przez mostek nad rzeczką Moesa samochody mogą przeskoczyć z krajówki na biegnącą równolegle do niej autostradę. Przeprawy tej zdaje się strzec położona na pobliskim wzgórzu forteca. Za Soazzą można było jeszcze przez chwilę odsapnąć, lecz na ósmym i dziewiątym kilometrze podjazd trzymał już dośc mocno tzn. na średnim poziomie 7,7 % i przy max. 11,3 %.

Gdy na wysokości wioski Benabbia (8,7 km) po raz pierwszy od dłuższego czasu spojrzałem w tył niespodziewanie stosunkowo blisko za sobą ujrzałem Piotra, a nie Kubę. Przez chwilę zastawiałem się czy w obliczu tak długiego podjazdu nie poczekać na naszego młodzieżowca, lecz po chwili inne myśli zaczęły zaprzątać mi umysł. Wraz z wjazdem do Mesocco skończył się asfalt i zaczęła się jazda po kostce. Po dojechaniu do centrum tej miejscowości zobaczyłem przed sobą prosty odcinek o długości około 500 metrów w całości pokryty kamienistą nawierzchnią tego typu. Co gorsza im wyżej tym odcinek tej drogi zdawał się co raz bardziej wypiętrzać. Pomyślałem sobie, że to kolejna szwajcarska niespodzianka. Miałem tylko nadzieję, że ten brukowany odcinek nie będzie tak długi jak ten z wiodącej ku przełęczy San Gottardo XIX-wiecznej drogi via Tremola. Szczęśliwie kostka skończyła się wraz ze wspomnianą prostą, lecz zanim do tego doszło musiałem się uporać ze stromizną dochodzącą do 17,5 %. Bruk i tego typu stromizna kojarzyć się mogła bardziej z „bergami” Flandrii niż „passami” w Alpach. Po przejechaniu 10,3 kilometra minąłem zjazd na autostradę znajdujący się na wysokości osady Danc. Na kolejnych 900 metrach droga wiła się przez pięć wiraży, zaś po przebyciu 12,1 km docierała do zjazdu ku osadzie Nanin. Na trzynastym i czternastym kilometrze średnie nachylenie wyniosło 8,8 %, przy max. 15 % w połowie tego odcinka. Ponieważ w okolicy Nanin złapałem innego kolarza-amatora w tych ciężkich chwilach nie byłem sam. Mój nowy towarzysz podyktował bardzo solidne tempo. W pełni wystarczało mi trzymanie się jego koła. Jechałem na przełożeniu 39/24 nieco oszczędzając nogi przed dalszą częścią wspinaczki. Tymczasem Piotrek trzymał się kilkadziesiąt sekund za nami. Gdy wraz z końcem stromizny dotarliśmy do Pian San Giacomo (14,1 km) mogliśmy głębiej odetchnąć i trochę porozmawiać. Okazało się, że nazywa się Federico, ma 51 lat i pochodzi ze stołecznej Bellinzony. Przyznał, że przycisnął mocniej na ostatnich kilometrach gdyż dla niego wspinaczka właśnie na tym płaskowyżu. Osiem kilometrów między Soazzą i Pian San Giacomo miało średnio 7,5 % i pokonałem je w tempie 14,9 km/h.

Łatwy odcinek na płaskowyżu liczył sobie m/w 900 metrów i kończył się na wysokości zjazdu ku osadzie Seda. Przed wjazdem do lasu Federico pożegnał się ze mną i zawrócił ku Ticino. Za kolejną osadą Spina (15,7 km) na przestrzeni czterech kilometrów prowadzących do Viganaia (19,7 km) należało pokonać aż szesnaście serpentyn. W tym czasie nieopodal Selvanei (18,3 km) droga przeszła pod autostradą. Natomiast w pobliżu Fiess (18,5 km) trafiłem na roboty drogowe i musiałem pokonać 250-metrowy odcinek szutru, który przywołał wspomnienia z Umbrailpass. Za Viganaią czekała nas długa i coraz bardziej stroma prosta, mająca swój finał wraz z końcem 21-wszego kilometra. Stromizna dochodziła tu maksymalnie do poziomu 13,3 %. Na zakręcie przy żółtym domku na wysokości Lagh de Pian Doss (1652 m. n.p.m. – 21,2 km) chwilowo kończył się podjazd i rozpoczynał zjazd ku San Bernardino (23,1 km). Na dystansie 1,9 kilometra wytraca się tu dokładnie 54 metry z wcześniej osiągniętej wysokości. W trakcie owego zjazdu mija się wieś A la Cava di Sass (21,9 km). Przede wszystkim ze względu na to obniżenie terenu 9 kilometrów pomiędzy Pian San Giacomo a San Bernardino miało średnie nachylenie „tylko” 6,3 % i tą kwartę wzniesienia przejechałem w tempie 17 km/h. Miejscowość San Bernardino powstała wokół XV-wiecznej kapliczki postawionej ku czci Bernardyna ze Sieny. Ten święty wywodził się z zakonu franciszkanów i na przełomie XIV i XV wieku był ważnym reformatorem tego ruchu. Za San Bernardino znajduje się południowy wlot do wybudowanego w latach 1961-67 tunelu. Wylot po północnej stronie znajduje się w Hinterrhein już w strefie języka niemieckiego. Tunel ma długość 6596 metrów i korzysta zeń corocznie ponad 2 miliony kierowców. Ja skorzystałem z niego kilka dni wcześniej w drodze do Ghiffy, a wcześniej w lipcu 2010 roku podczas powrotu z francuskich Alp.

Pół kilometra za centrum San Bernardino droga po raz ostatni wkroczyła do lasu. Tymczasem biegnąca na niższym poziomie autostrada sto metrów dalej chowała się w tunelu. Po 24,6 kilometra wyjechałem z lasu w miejscu gdzie droga odbijała na zachód, a przy tym ponownie „przykręcała śrubę”. Kolejne 2600 metrów do przystanku autobusowego przy Ca de Mucia (27,2 km) miało bowiem średnie nachylenie 8,5 %, przy max. 11,4 %. Szosa wiodła już odtąd cały czas w odsłoniętym terenie. Niemniej jej pobocze nadal było zielone, bo pokryte trawami i kosodrzewiną. Za przystankiem jeszcze kręte 2100 metrów z ośmioma klasycznymi wirażami i trudne kilkaset metrów do południowego krańca Laghetto Maesola (29,9 km). Na trzydziestym kilometrze stromizna skoczyła najpierw do poziomu 12,9 %, a potem raz jeszcze do 12,1 %. Ostatnia kwarta czyli 7,2 km za San Bernardino miała średnio 6,4 %, które pokonałem w tempie 15,7 km/h. Finałowe 600 metrów prowadzące wzdłuż wokół jeziorka do przystanku przy Ospizio San Bernardino (30,5 km) było szybkie i w końcówce prowadziło nawet leciutko w dół. Dlatego na bazie wykresu z licznika uznałem, iż podjazd w naszym wykonaniu miał 30,34 kilometra. Pokonanie całego wzniesienia zajęło mi 1 godzinę 46 minut i 34 sekundy, co oznacza przeciętną 17,082 km/h i VAM na poziomie 919 m/h. Piotrek do samego końca jechał tempem zbliżonym do mojego. Ostatecznie stracił tylko półtorej minuty. Najwyraźniej po trzech dniach przetarcia zaadaptował się w Alpach. Na przełęczy było tylko 12 stopni i do tego mocno wiało, więc schowaliśmy się w przedsionku schroniska. Potem poszliśmy nawet do restauracji na I piętrze, ale nie mieliśmy drobnych na kawę czy inny gorący napój, zaś aby płacić kartą trzeba było wydać co najmniej 30 CHF. Długo dłużej niż się spodziewałem przyszło nam czekać na Jakuba. Kuba nie miał dobrego dnia i przyjechał z czasem o 32 minuty wolniejszym od mojego, tracąc tym samym dobre pół godziny do Piotra. Kilka minut za nim finiszowali Dawid z Darkiem ze stratą odpowiednio 36 i 37 minut. Tym samym stoczyli niemal bezpośredni, a na pewno wzrokowy pojedynek o czwartą lokatę na tej górze.

Tym sposobem główne danie dnia mieliśmy już za sobą, a przed prawdziwą kolacją w Chiavennie czekał nas jeszcze górski deser w Lugano. Na 30-kilometrowym zjeździe do Lostallo moi koledzy jechali w grupie i wiem że urządzili sobie niezłe ściganie na ostatnich kilometrach. Ten zjazd poza chłodem na górze to była prawdziwa przyjemność. Należało tylko uważać zryty kawałek drogi na wysokości Fiess oraz kostkę w Mesocco. Ja wracałem wolniej robiąc fotki do niniejszej opowieści. Do samochodu zjechałem około 15:20. Od Lugano dzieliło nas 51 kilometrów. Na miejscu w tym największym mieście Ticino (ponad 64 tysiące mieszkańców) znów się pogubiliśmy i rozdzieliliśmy. Niemniej ostatecznie każdy z kierowców znalazł sobie miejsce do zaparkowania na via Ceresio. Po telefonicznych konsultacjach okazało się, że stanęliśmy zaledwie dwieście metrów od siebie pod koniec drugiego kilometra czekającego nas podjazdu pod Monte Bre (880 m. n.p.m.). Ja i Darek wypakowaliśmy się przy stacji Suvigliana na szlaku kolejki górskiej Funicolare Monte Bre. Nieco wyżej do wspinaczki szykowali się tylko Jakub z Piotrem, gdyż Dawid uznał, że na ten dzień ma dość roweru i pospaceruje sobie po okolicy. Lugano to ważny ośrodek w historii światowego kolarstwa. Dwukrotnie organizowano tu szosowe Mistrzostwa świata. W 1953 roku rywalizację wśród zawodowców wygrał w godnym siebie stylu Fausto Coppi, który o kilka ładnych minut (6:22 i 7:33) wyprzedził Belgów Germaina Derycke i Stana Ockersa. Natomiast profesjonalny wyścig z 1996 roku należał do ówczesnego króla klasyków Belga Johana Museeuwa, który w dwójkowym finiszu pokonał lokalnego faworyta Mauro Gianettiego. Brązowy medal przypadł wówczas Włochowi Michele Bartolemu. Gospodarze świętowali zaś trzy dni  wcześniej gdyż czasówkę wygrał Szwajcar Alex Zulle przed Anglikiem Chrisem Boardmanem i innym Helwetem Tony Romingerem.

Niemniej głównym magnesem, który przywiódł mnie i ufnych w moją znajomość terenu kolegów do tego miasta była góra Monte Bre. Tak ona jak i podobne jej zalesione wzgórza wokół Lago di Lugano przypominają słynne widoki gór piętrzących się ponad Rio de Janeiro. W 1981 roku rozegrano na niej górską czasówkę, która przesądziła o wynikach 45. Tour de Suisse. Po ośmiu z jedenastu etapów tej imprezy prowadził Szwajcar Gody Schmutz. Jednak na trasie 9,5-kilometrowej wspinaczki najlepszy okazał się jego rodak Beat Breu, który kilka dni wcześniej wygrał podobną próbę na jurajskiej górze Balmberg. Breu wykręcił czas 20:57 i o pięć sekund wyprzedził Włocha Leonardo Natale oraz o dziesięć innego Helweta Josepha Fuchsa. Dwa dni później na mecie w Zurychu kolejność na generalnym podium była podobna – wygrał Breu przed Fuchsem i Natale. Breu wygrał TdS raz jeszcze w 1989 roku. wygrał dwa górskie etapy TdF 1982 (na Pla d’Adet i L’Alpe d’Huez) i jeden na GdI 1981 (Tre Cime di Lavaredo), zaś pod koniec swej długiej kariery świecił tez sukcesy w przełajach. Pozostało nam się przekonać jakie czasy my jesteśmy w stanie wykręcić na tej górze. Niemniej nie sposób było się precyzyjnie porównać z dawnymi mistrzami, albowiem nie znałem dokładnych miejsc, w których wyznaczono start i finisz owego „etapu prawdy” sprzed 30 lat. Zakładam, że „profi” wystartowali z centrum miasta i na początek mieli do pokonania zupełnie płaskie półtora lub dwa kilometry i dopiero przejechawszy dzielnicę Cassarate zaczęli się wspinać wiodącą ku Castagnoli ulicą Strada di Fulmignano. Ponadto biorąc pod uwagę czasy przez nich uzyskane jak i stan dróg w końcowej fazie tego podjazdu zakładam, iż finisz wyznaczono we wiosce Bre tj. na wysokości 785 m. n.p.m.

Tymczasem my zjechawszy do miasta zatrzymaliśmy się w dzielnicy Viganello przy rondzie u zbiegu ulic Pazzalino i Bottogno. Z tego miejsca wystartowaliśmy przy czym Darek znów jako pierwszy z niewielką przewagą nad pozostałymi. Ruszyliśmy w górę via Pazzalino, lecz po kilkuset metrach Piotrek podkręcił tempo i szybko zgubił Kubę. Po 600 metrach na wysokości przystanku autobusowego Viganello, San Siro wzięliśmy zakręt w prawo przez małe rondo wjeżdżając na via Ruvigliana. Po przejechaniu 1,2 kilometra złapaliśmy i wyprzedziliśmy  Darka, który potem wjechał na górę z niewielką stratą do Jakuba. Tymczasem wjechaliśmy z Piotrem na via Ceresio. Jadąc jeszcze na jego kole po 1600 metrach od startu minąłem znajomy przystanek kolejki górskiej. Na początku trzeciego kilometra zmieniłem Piotra na prowadzeniu i odtąd niemal do samego końca wspinaczki dyktowałem tempo w naszym duecie jadąc na przełożeniu 39/21. Po przejechaniu 2,3 kilometra na wysokości przystanku Ruvigliana Paese skręciliśmy w lewo wjeżdżając na krętą ulicę via Massago. Przejechawszy 3,6 kilometra dotarliśmy do przystanku Pontaccio w dolnej części miasteczka Aldesago. Cały odcinek od Viganello do Pontaccio miał średnie nachylenie 5,6 %, przy max. 8,8 % i pokonaliśmy go w tempie 17,3 km/h. Biorąc kolejne wiraże co trzysta-czterysta metrów mijaliśmy kolejne przystanki na terenie Aldesago: Narbostro (4,1 km), Paese (4,5 km) i Ronchee (5,2 km) by w połowie szóstego kilometra wyjechać w końcu poza teren zabudowany i znaleźć się na drodze otoczonej lasem. Po przejechaniu 5,9 kilometra minęliśmy miejsce, w którym podjazd sięgał swej maksymalnej stromizny tzn. 11,3 %.

Na początku ósmego kilometra dotarliśmy do wioski Bre, zaś pokonawszy 7,4 kilometra znaleźliśmy się w jej centralnym punkcie na Via al Pozzo (7,4 km). Odcinek 3,8 kilometra między Pontaccio a Bre miał średnie nachylenie 7,1 %, więc przejechaliśmy go znacznie wolniej niż początek podjazdu tzn. w tempie 14,8 km/h. Przyznam, że wzniesienie wydało mi się bardziej wymagające niż na profilu. Korzystając z trybu „21” nieco przepychałem, zaś Piotr wisiał za mną nie dając zmian. Niemniej cały czas dzielnie się trzymał potwierdzając zwyżkę formy, której przykładem była jego postawa na San Bernardino. W centrum Bre za kościołem należało skręcić w lewo o 180 stopni wjeżdżając na bardzo wąską dróżkę wiodącą ku Monte Bre i restauracji o znamiennej nazwie Vetta. W połowie ósmego kilometra ponownie schowaliśmy się w lesie, zaś wraz z jego końcem nasza Via alla Vetta tuż za wirażem przy punkcie widokowym zmieniła swe oblicze. Na ostatnich 800 metrach zamiast jechać po średniej jakości asfalcie musieliśmy sobie radzić z szutrową (kamienistą) nawierzchnią co jakiś czas przerywaną wykonanymi z betonu poprzecznymi ujściami dla wody spływającej z górskich zboczy. Na ostatnich 200 metrach było już niemal płasko, lecz jako całość końcowe 1,4 kilometra za Bre miało średnie nachylenie 6,4 % z dwoma punktami sięgającymi 10 %. Największym kłopotem była jakość drogi. Piotrek trzymał się jej nieco pewniej i dojechał do chodnika przed restauracją z przewagą kilku-kilkunastu metrów. Ten krótki podjazd o długości zaledwie 8,93 kilometra i przewyższeniu 583 metrów pokonaliśmy w czasie 34 minut i 20 sekund czyli ze średnią prędkością 15,605 km/h i VAM 1018 m/h.

Na górze zabawiliśmy się około dwudziestu minut. Weszliśmy też na restauracyjny taras, z którego roztaczał się przepiękny widok na leżące 600 metrów niżej Lugano. Czekaliśmy dobry kwadrans na Kubę i Darka, ale bez efektów. Wykres z licznika Darka pokazuje, że dotarł do Bre ze stratą 7 minut, lecz tu omyłkowo on i Jakub skręcili w prawo biorąc kurs na Via Pineta. Tym samym podjechali wyżej od nas, na wysokość 970 metrów po przejechaniu 9,1 kilometra od Viganello. Do samochodu zjechałem około 18:15, ale przed wyruszeniem w dalszą drogę musiałem jeszcze poczekać pół godziny na Darka. Mojego wspólnika dopadł kryzys głodowy i od omdlenia uratował się zebranymi na górze orzechami. Dochodziła już siódma wieczorem, zaś od Chiavenny dzieliło nas jeszcze 75 kilometrów. Według wszelkich wskazań czekało nas ponad półtorej godziny jazdy. Jedyną opcją była jazda na wschód ku brzegom Lago di Como. Drogą kantonalną wzdłuż Lago di Lugano przemknęliśmy przez wieś Gandria i już po kilku kilometrach wróciliśmy do Włoch. Na wschodnim krańcu tego jeziora leży miasteczko Porlezza, w którym zatrzymaliśmy się przy supermarkecie Billa, by zrobić zakupy tak na dzień jutrzejszy jak i celem natychmiastowego zaspokojenia głodu. Dojechawszy do Lago di Como na wysokości Menaggio musieliśmy skręcić na północ w kierunku Sorico. W drodze informowaliśmy gospodarzy z Bed & Breakfast „Al Ponte” o naszym postępującym opóźnieniu. Koniec końców na miejsce dotarliśmy zmęczeni i wciąż głodni około 21-wszej. Lokal od razu nam się spodobał. Dlaczego? O tym będzie jeszcze okazja napisać. Co więcej obiecano nam nazajutrz przeprowadzkę z parteru do bardziej obszernego apartamentu na II piętrze oraz udzielono jednorazowej dyspensy na skorzystanie z kuchni poza porą śniadaniową.