banner daniela marszałka

L’Etape du Tour – cz. II

Autor: admin o poniedziałek 16. Lipiec 2007


Wzniesienie to zaczynało się tuż za miejscowością Mauleon-Barousse, która powitała uczestników L’Etape du Tour odświętnie i kolorowo. Podjazd ten został odczarowany przez kolarzy zawodowych dopiero w ubiegłym roku podczas czerwcowego wyścigu Route du Sud i co godne podkreślenia górską czasówkę z metą na tej przełęczy wygrał wówczas nasz Przemysław Niemiec. Pierwsza 7,5-kilometrowa część podjazdu okazała się stosunkowo łatwa o średnim nachyleniu zaledwie 3,2 %. Tempo naszej jazdy było jednak na tyle wysokie, że już w tym miejscu moja grupka rozsypała się i znalazłem się na jej czele w towarzystwie trzech najmocniejszych kompanów. Zabawa skończyła się w punkcie zwanym Granges de Crouhens gdzie po minięciu mostku na rzeczce Ourse de Ferrere gdzie po skręcie w lewo od razu trzeba się było zderzyć ze stromą ścianą o nachyleniu co najmniej 10%. Stąd już każdy z nas jechał własnym tempem. Ja przepychając najlżejsze ze swych przełożeń czyli 39 (duża) x 27 (mała) starałem się nie tracić kontaktu ze swoimi „sąsiadami”. Wszyscy mieliśmy mniejsze i większe kryzysy walcząc o utrzymanie swojego rytmu jazdy.

Nic dziwnego bowiem byliśmy już po 150 kilometrach jazdy, a tu tymczasem przyszedł czas na zmierzenie się z 7,5-kilometrowym odcinkiem o średnim nachyleniu pomiędzy 8 a 11 % i z maksymalną stromizną 14%. Podjazd prowadził drogą średniej jakości, zaś temperatura była już wysoka gdy na jednym z wiraży zauważyłem sporą warstwę smoły. Przyszło mi na myśl, że jadąc zbyt wolno można by się z tym miejscu przykleić do tej mocno łatanej szosy. Zmęczenie narasta z każdym kilometrem, a tu tymczasem wyprzedza mnie przeszło 50-letni Francuz narzekając, że po raz ostatni w życiu tak się katuje w tej imprezie. Mój Boże pozazdrościć tylko takiej kondycji w tym wieku. Męki skończyły się około 3 kilometry przed szczytem w miejscu gdzie szosa została przekuta między skałami. Ostatni odcinek podjazdu poprowadzony wśród wysokogórskich łąk również nie należał do łatwych, lecz świadomość bliskości przełęczy dodawała tylko sił. Na szczycie po raz drugi zatrzymałem się na bufecie zrobić zapasy, które miały mi wystarczyć na ostatnie 37 kilometrów trasy.

Początek zjazdu czyli pierwsze 5,5 kilometra do wioski Bourg-d’Oueil wiodło po nowiutkiej, lecz bardzo wąskiej drodze. Poza tym nie było tam żadnych barierek oddzielających pobocze drogi od stromego stoku po naszej prawej ręce. Na szczęście nie była to przepaść. Niemniej w zjeżdżaniu, w tym przede wszystkim składaniu się w zakręty przeszkadzał porywisty wiatr. Środkowa 6-kilometrowa faza zjazdu wiodąca przez Mayregne aż do wioski Saint Paul-d’Oueil była znacznie bardziej płaska przez co trzeba tu było nieco „pokręcić”. W końcu ostatnie 3 kilometry tego długiego zjazdu znów było bardzo strome i przez to szybkie. Trzeba było uważać i zadbać o swe bezpieczeństwo. Przyznam, że skończyłem ten zjazd z bolącymi dłońmi i krzyżem. Podobnie jak na zjeździe na Portet-d’Aspet również tutaj prosto ze zjazdu wjeżdżało się na „przeciwstok” w postaci kolejnej przełęczy czyli w tym przypadku wschodniej strony Col de Peyresourde.

Na wzniesienie to wypadaliśmy niespełna kilometr przed miejscowością Saint-Aventin czyli około 10 kilometrów przez wierzchołkiem przełęczy. W praktyce mieliśmy więc do pokonania m/w dwie-trzecie pełnej wersji tego podjazdu, który w swej klasycznej formie zaczyna się w bardzo zasłużonym dla historii Tour de France miasteczku Bagneres-de-Luchon. Ów ostatni podjazd sam w sobie byłby całkiem przyjemny gdyby nie dystans, który wszyscy mieli już w nogach. Ot taki średniak pośród wielkich i sławnych przełęczy. Średnie nachylenie około 6,5 %, najtrudniejszy kilometr na poziomie 8%, lecz nie brakło też krótkich fragmentów na złapanie oddechu. Pozostawało już tylko trzymać swój rytm, modlić się by starczyło paliwa na ostatnie trzy kwadranse męczarni i zerkając na tablice oraz napisy na drodze odliczać ostatnie kilometry wspinaczki. Tu też każdy wokół mnie jechał swoje. Na ostatnim kilometrze pozytywnie zaskoczyła mnie liczba kibiców. Przybyli oni w to miejsce najpewniej aby dopingować swych bliskich, lecz prawdę powiedziawszy zagrzewali każdego do wzmożonego wysiłku, w razie potrzeby „częstowali” wodą, a poza tym niektórzy informowali też nas o zajmowanej pozycji na trasie.

Gdy wjechałem na przełęcz zerknąłem na licznik, który pokazał mi czas jazdy 7 godzin 45 minut z sekundami. Dodam, że przed wyścigiem wyznaczyłem sobie 8 godzin jako orientacyjny czas, w którym powinienem ukończyć całe zawody. Postanowiłem bardziej zaryzykować na tym zjeździe tym bardziej, że nie był on zbyt trudny technicznie. Jednak aby dopiąć swego musiałbym pokonać ostatnie 11,5 kilometra w mniej niż kwadrans. Byłoby to może i realne gdyby do mety pozostawał już tylko cały czas zjazd. Niemniej droga wiodła w dół tylko przez 7,5 kilometra do miejscowości Estarvielle. Ostatnie 4 kilometry wiodły już był w terenie pagórkowatym więc tempo musiało spaść. Znalazłem się w gronie kilku osób, które wyprzedziły mnie na zjeździe. Na ostatnim kilometrze pozostało mi tylko wykrzesać z siebie resztki sił po to by wygrać finisz z tej małej grupki. Ostatecznie jak się okazało linię mety minąłem na 313 miejscu (104. w kategorii wiekowej 30-latków) w czasie 8h 25:09. Biorąc zaś poprawkę na spóźniony start tak mój jak i wielu innych uczestników realnie uzyskałem czas 8h 01:15 (przeciętna 24,872 km/h) co dało mi 325 wynik na trasie.

Moi koledzy dotarli do mety jakieś 15-20 minut przede mną. Daniel, który dłuższy czas jechał w czołowej „setce”, lecz zapłacił odwodnieniem za przeoczenie jednego z kluczowych bufetów ostatecznie uzyskał realny czas 7h 43:33 i wynik nr 189. Natomiast Piotr poobijany i oszlifowany był niewiele od niego gorszy finiszując z czasem 7h 46:45 co było 212 wynikiem dnia. Wyścig ukończyło w sumie 4655 spośród około 6500 uczestników. Ostatni zawodnicy dotarli do Loudenvielle przeszło dwanaście i pół godziny po wyruszeniu z Foix. Moim zdaniem właśnie ci „maruderzy” są najbardziej godni podziwu. To oni wycierpieli na trasie najwięcej, siedząc w siodełku od rana do wieczora i pokonując najtrudniejsze fragmenty podjazdów w tempie piechura, zaś czasami pewnie idąc z rowerem. Z reporterskiego obowiązku dodam, że wyścig wygrał francuski ex-profesjonał Nicolas Fritsch. Ten sam, który przed pięcioma laty minimalnie przegrał rywalizację z naszym Piotrem Wadeckim o drugie miejsce w klasyfikacji generalnej Tour de Suisse. Pokonał on blisko dwustukilometrową trasę o łącznym przewyższeniu 4380 metrów w czasie 6h 21:19 i o ponad jedenaście minut wyprzedził swych rodaków Philippe Argans i Michela Roux. Dla porównania tydzień później podczas wielkiego Tour de France Kazach Aleksander Winokurow – wspomagany czerwonymi krwinkami obcego pochodzenia – ten sam etap przejechał w czasie 5h 34:28.

Tuż po przekroczeniu linii mety trzeba było się rozstać się z „wypożyczonym” przy akredytacji chipem do pomiaru czasu, ale w zamian każdy z nas otrzymywał od wolontariusza pamiątkowy medal świadczący o ukończeniu tegorocznej edycji tego wyścigu. Chwilę później opłacało się wykorzystać otrzymane we Foix kupony i „nabyć” za nie w bufecie „małe co nieco” do picia i jedzenia. Odszukałem też za metą skrajnie wyczerpanego Daniela, który dochodził do siebie w towarzystwie swojej rodzinki. Mój imiennik był wyraźnie zawiedziony swym wynikiem. Za błąd taktyczny czy też chwilę nieuwagi na jednym z bufetów zapłacił odwodnieniem. Stracił przez to jakieś 10-15 minut i zarazem szansę na wywalczenie miejsca w pierwszej „100”, które było z pewnością w zasięgu „orlika” z Kaszub. Odpocząłem sobie trawce i w cieniu drzewa jakieś pół godzinki i po godzinie 16-tej postanowiłem się wycofać z zatłoczonej mety na miejsce naszej zbiórki wyznaczone przez naszego gospodarza Allana i dwójkę jego przyjaciół.

Trzeba było jeszcze przejechać dalsze 10 kilometrów przez Adervielle i Avajan do miejscowości Borderes-Louron. Po przyjechaniu na miejsce gdzie zaparkowane były „nasze” samochody miałem aż nadto czasu by odpocząć, wziąć prysznic w pobliskim hoteliku, przebrać się, zapakować rower do samochodu i w końcu podzielić się wrażeniami z wyścigu z naszymi kierowcami. Kolejni zawodnicy z naszego „zaciągu” spływali na to miejsce nieśpiesznie tak, iż w drogę powrotną mogliśmy wyruszyć dopiero grubo po godzinie 19-tej. Powrót zajął nam przeszło trzy godziny poniekąd z tego powodu, iż musieliśmy w pewnym momencie zjechać z naszego szlaku aby zabrać z drogi Brytyjkę, która wycofała się na trasie wyścigu. Ostatecznie dotarliśmy do L’Alpage około godziny 23:00. Czekała nas jeszcze kolacja przygotowana przez Allana, która co chyba nie trzeba dodawać smakowała nam bardzo po tak wzmożonym wysiłku. Atmosfera przy naszym brytyjsko-polskim stole była wesoła, bowiem prawie wszyscy ukończyliśmy tą jedną z najtrudniejszych imprez dla kolarskich amatorów. Dodam tylko nie bez satysfakcji, że to my przybysze z kraju nad Wisłą byliśmy królami podwórka. Obaj z Piotrem uzyskaliśmy bowiem czasy lepsze od naszych kolegów z Anglii i Szkocji.