banner daniela marszałka

GF Dolomiti Stars

Autor: admin o sobota 26. Maj 2007

Nazajutrz pobudka przed 6:00 i śniadanie około 6:30, albowiem start Gran Fondo przewidziano na godzinę 8:00 co i tak jest uprzejmością ze strony organizatorów, albowiem Francuzi z la Marmotte czy L’Etape du Tour ze względu na dłuższy dystans ich imprez zwykli puszczać uczestników swych wyścigów nie później niż o 7:00 czy 7:15! Na podstawie lektury magazynu „Cicloturismo” wydawanego przez redakcję Bicisport dowiedzieliśmy się dzień później, iż tylko w ten weekend w całych Włoszech odbywało się w sumie osiem tego typu imprez, w tym m.in. wyścigi imienia byłych asów włoskiego kolarstwa takich jak Gastone Nencini czy Michele Bartoli.

Jednak pośród nich tylko Gran Fondo Giro d’Italia – Dolomit Stars opatrzono najwyższą kategorią i nic dziwnego zważywszy, iż na dystansie 135 kilometrów trzeba było pokonać łączne cztery znaczące premie górskie o łącznym przewyższeniu rzędu 3650 metrów. Miłą niespodzianką dla nas już dzień wcześniej okazały się bardzo niskie (w zasadzie VIP-owskie) numery startowe czyli „16” dla Piotra i „17” dla mnie. Dzięki temu mogliśmy stanąć na starcie niemal w pierwszym szeregu pośród ex-profesjonałów takich jak Massimiliano Lelli i Andrea Ferrigato (choć jak się póżniej okazało obaj pojechali na trasę Medio Fondo) czy też w towarzystwie triumfatora wszelakich górskich „maratonów” tego typu Emanuele Negriniego. Niemniej trzeba od razu powiedzieć, że przy liczbie 800 uczestników pozycja startowa w tym wyścigu nie miała takiego znaczenia jak na La Marmotte, L’Etape du Tour czy jak się spodziewamy w Maratona dles Dolomiti gdzie startujących jest od 6.500 do 8.000 i sam przejazd wszystkich śmiałków przez linię startu trwa co najmniej 20-25 minut!

Pierwsze 40 kilometrów po starcie prowadziło niemal cały czas w dół. Momentami nieznacznie, innym zaś razem po szybkich bądź technicznych zjazdach. W każdym razie na tym dystansie trzeba było zjechać blisko 1000 metrów z Arabby położonej na poziomie 1602 m. n.p.m. do Agordo położonego już tylko 611 m. n.p.m. Organizatorzy za pomocą pilotów w samochodach na pierwszych kilometrach wyścigu przytomnie postarali się o ograniczenie prędkości czoła peletonu aby nie doszło do kraks w sytuacji gdy uczestnicy jechali jeszcze w dużej zwartej grupie. Po drodze tzn. na 16 kilometrze w Caprile mniej więcej połowa przeszło 800-osobowego peletonu skręciła w lewo czyli na wschód ku przełęczom Santa Lucia i Giau czyli na trasę Medio Fondo. My pojechaliśmy prosto ku większemu wyzwaniu. Nieco w dolince na bardziej płaskim terenie nasz peleton rozpędził się i wyciągnął w długiego węża, który momentami pękał do tego stopnia, że przez chwilę zwątpiłem już nawet czy zobaczę jeszcze na trasie tego wyścigu Piotra i pozostałych członków pierwszej części peletonu. W najbliższym miasteczku grupy zjechały się jednak i dalej peleton już dość spokojnie zdążał ku Agordo. Zanim do niego dotarliśmy odnalazłem w peletonie mojego kompana w biało-czerwono-czarnych barwach „Tour de Pologne – Vitesse” i zgodnie dokończyliśmy zjazd ku podnóżu przełęczy Duran. Do Agordo dotarliśmy w czasie 54 minut, lecz wkrótce mój liczniko-altimetr zaczął mi sprawiać kłopoty przez co z pozostałej części trasy nie miałem już w pełni wiarygodnych danych.

Podjazd pod Duran (1601 m. n.p.m.) tradycyjnie już zacząłem szybciej od Piotra. Wydawało mi się, że bez jadę bez większego wysiłku. Niemniej wkrótce dało o sobie znać nie marne trenowanie w maju. Wystarczy powiedzieć, że na skutek odpuszczenia sobie dwóch weekendów (w związku z komentarzami do Giro d’Italia w Eurosporcie) i przez kiepską pogodę w środku tygodni na przestrzeni ostatnich 17 dni przed wyjazdem przejechałem ledwie 200 kilometrów, zamiast 600-700 km jakie normalnie przebyłbym w tym czasie. Tym samym na każdym z kolejnych podjazdów sił starczało mi na pierwsze 3-4 km podjazdu, a potem było już tylko mozolne przepychanie pedałów, szczególnie uciążliwe pod bardzo strome bo 9-procentowe wzniesienie Giau. Pod Duran Piotr przeszedł mnie w połowie wzniesienia i dojechał na szczyt z przewaga kilkudziesięciu sekund. Spotkaliśmy się jeszcze przez chwilę na szczycie gdy mój kolega zatrzymał się tam za tzw. „małą potrzebą fizjologiczną”. Obaj wjechaliśmy tu około setnego miejsca.

Przy końcu zjazdu jeden z miejscowych najwidoczniej liczący kolejnych zawodnik krzyknął w moim kierunku, że jestem 134-ty. To mniej więcej by się zgadzało z liczbą ludzi, która minęła mnie w czasie krótkiego postoju na górze i podczas ostrożnego zjazdu. Potem już obaj we właściwym sobie stylu i tempem zjechaliśmy ku miejscowości Villa gdzie od razu zaczął się podjazd pod przełęcz Staulanza (1773 m. n.p.m.). Wzniesienie to aczkolwiek równie długie co Duran było jednak bardziej przyjazne dla wszystkich uczestników wyścigu. Szczególnie zaś tych jak ja czyli nie-dotrenowanych. Udało mi się początkowo złapać kontakt z około 10-osobową grupą w której prym wiodła pewna „donna” w różowym stroju Pinarello,a której jechał też nieco straszy i niezbyt wycieniowany jegomość z Holandii Rene Martens – zwycięzca Ronde van Vlaanderen z 1982 roku. Jak już jednak zostało powiedziane tego dnia nie byłem jednak w stanie zmusić się do skrajnego wysiłku i wypadłem z tego towarzystwa na jednym z łatwiejszych odcinków w środkowej części podjazdu. Jak się później „ragazza” o imieniu Costanza zajęła 135 miejsce z czasem 5h 47:56, zaś wspomniany Rene był 156. w czasie 5h 59:39 czyli z wynikami o 20-30 minut lepszymi od mojego. Staulanza okazała się jednak wzniesieniem, które można w miarę zgrabnie pokonać nawet przy niepełnej dyspozycji.

Potem zjazd do Selva di Cadore i podjazd pod przełęcz, która miała być prawdziwym testem sił fizycznych i odporności psychicznej czyli Giau (2233 m. n.p.m.). Jak ujął to w krótkim zdaniu pewien wysoki Włoch będący chwilowym kompanem mojej wycieczki wokół Arabby – „jeśli pokonasz ten podjazd to już prawie jesteś na mecie”. Tej skali wzniesienie mogąc się „pochwalić” średnim nachyleniem rzędu 9% robi wrażenie. Niech się schowa przy nim L’Alpe d’Huez. Całe szczęście, że ma ono tylko około 10 kilometrów długości oraz przyszło je nam pokonywać po pokonaniu tylko wcześniej 82 kilometrów wyścigu. Morderczy podjazd z chwilami wytchnienia jedynie na mostkach nad wijącą się w tych okolicach malutką rzeczką. Na tak ciężkim wzniesieniu i w tej fazie wyścigu niemal każdy jechał już własnym tempem zmierzając do najwyższego punktu na trasie Gran Fondo Dolomiti Stars. W żółwim tempie niejednokrotnie spadającym do 8-9 km/h oraz jednym przystankiem w połowie podjazdu na prywatny bufet dotarłem w końcu do szczytu niemal pewien ukończenia kolejnego „maratonu hors-categorie”. Wkrótce okazało się jednak, że posilając się i uzupełniając bidony na przełęczy nie przeczuwałem jeszcze kolejnych niespodzianek ze strony swego nie wytrenowanego odpowiednio organizmu.

W połowie blisko 11 kilometrowego zjazdu z Giau do Pocol złapała mnie ulewa i zaczęły się przygody z mięśniami ud. Jeszcze na ostatnich 5 kilometrach zjazdu złapały mnie dwa skurcze. Potem kolejny na początku podjazdu pod Falzarego (2105 m. n.p.m.). Raz jedna, raz druga noga. Cóż było robić? Za każdym razem minuta czy dwie postoju i próby rozmasowania bolących miejsc. Potem wrzucenie możliwie miękkiego obrotu i próba jazdy „z pewną taką nieśmiałością” – powolutku aby do mety. Jak widać na załączonym obrazku akurat 10,5-kilometrowe (od zakrętu w Pocol) Falzarego było najłatwiejszym ze wszystkich czterech. Pamiętam, że w 2003 roku cały ten podjazd od tej strony czyli z samej Cortiny d’Ampezzo pokonałem w 57 minut czyli ze średnią prędkością 16,5 km/h. Tym razem raczej nie szej ze starości, lecz z powodu kilku innych wymienionych tu już przyczyn przyszło mi pokonywać to wzniesienie ten odcinek znacznie wolniej.

Dotarłem w końcu na szczyt, zaś na zjeździe największym wyzwaniem była próba ominięcia dwóch autokarów z niemieckimi turystami. Tępawi i uparci kierowcy jakoś nie chcieli zrozumieć, że na tych krętych i wąskich trasach rower nawet nieszczególnie błyskotliwego zjazdowca może jechać znacznie szybciej od ich maszyn. Niemniej nie było się specjalnie o co denerwować wszak okazja do wykręcenia dobrego wyniku i zajęcia przyzwoitej lokaty już dawno przepadła. Pozostało wiec mi jak i moim „sąsiadom” z wyścigowej tabeli spokojnie czekać na okazje do śmignięcia obok autokarów. Po około 10 kilometrach zjazdu wjechaliśmy od drugiej strony na pierwsze kilometry trasy wyścigu i minęliśmy m.in. Pieve di Livinallongo (1475 m. n.p.m.). Tam już szosa wypłaszczała się, zaś na ostatnich 3 kilometrach szła już nawet lekko pod górę.

Oczywiście próby skromnego choćby przyśpieszenia po wrzuceniu twardszego obrotu kończyły się kolejnymi skurczami – w sumie naliczyłem ich pięć czy sześć. Ostatni trafił mnie na ostatnim kilometrze i już spokojnie dowlokłem się do mety z czasem 6h 19:50 na 213 miejscu pośród 356 śmiałków, którzy ukończyli Gran Fondo (na metę Medio Fondo dojechało 464 zawodników). Pomimo problemów z nogami wyścig ukończyłem ogólnie w dobrej kondycji – żadnych problemów z oddechem czy tym bardziej odwodnieniem jak w zeszłym roku we Francji. Wydawać by się mogło, że nie jeden trening na Kaszubach dał mi bardziej w kość szczególnie w dni niby wyścigów z lokalnymi młodzieżowcami czy asami ze świata mastersów. No cóż wynik żaden, ale kolejny piękny wyścig zaliczony i trzy zupełnie nowe dla mnie podjazdy czyli: Duran, Staulanza i Giau zdobyte. Poza tym zważywszy na podobieństwo tras Gran Fondo Giro d’Italia i Maratona dles Dolomiti można powiedzieć, że zrobiliśmy sobie z Piotrem udany rekonesans, albowiem już 1 lipca przyjdzie nam powtórzyć odcinek 32,5 kilometra od podnóża Giau do szczytu Falzarego. Piotr mimo, że przed wyjazdem narzekał na wahania formy i brak mocy w Gran Fondo spisał się na medal tzn. zajął 76 miejsce z czasem 5h 33:08 nieco ponad godzinę gorszym od zwycięzcy. Triumfował zaś podobnie jak przed rokiem wspomniany już przeze mnie Negrini, który nomen omen wygrał tez ubiegłoroczne edycje La Marmotte i Maratona dles Dolomiti. Ważniejsza od problemów z mocą okazała się chyba znakomita wytrzymałość mego przyjaciela, a poza tym fakt że przy wzroście 183 cm zjechał z wagą do poziomu 64 kilogramów. W stromych Dolomitach niska waga to atut większy niż w Alpach francuskich gdzie podjazdy są z reguły dłuższe, lecz łagodniejsze.

Po wyścigu dla wszystkich obiadek przy linii mety i powrót do hotelu po oddaniu chipów i obejrzeniu wyników. Potem powrót do hotelu i oglądania etapu Giro do Bergamo, na którym aktywnie jechał nasz człowiek. Sylwek najpierw był w ucieczce, a potem po wycofaniu go do peletoniku z liderem wyścigu Di Lucą jak i swoim liderem Cunego wziął się do pracy w gonitwie za groźnymi dla wspomnianych asów Simonim i Mazzolenim. Tymczasem niezmordowany lider mojego zespołu jeszcze tego samego popołudnia wybrał się w przeszło dwugodzinna samochodowa podróż do Rovereto gdzie stacjonował jego znajomy – człowiek z ekipy Caisse d’Epargne. Ja zostałem w Pieve di Livinallongo i odpoczywałem sobie po wyścigu. Późnym popołudniem zadzwoniłem do Sylwka by zdał relację z przebiegu czternastego etapu. Co tu dużo mówić był on zniesmaczony postawą kolarzy Astany czyli Savoldelliego i Mazzoleniego, których niespodziewany i nieszczególnie opłacalny atak na pozycje Di Luki pokrzyżował tego dnia szyki harcownikom wśród, których był nasz człowiek.