banner daniela marszałka

Erbe

Autor: admin o poniedziałek 24. Maj 2010

Nowy tydzień zaczęliśmy w starym stylu czyli kontynuując podróż w górę rzeki Isarco. Po zdobyciu w weekend stacji Alpe di Siusi i przełęczy Gardena chcąc dopiąć nasz hat-trick potężnych wzniesień na wschodnim skraju Valle Isarco musieliśmy jeszcze wspiąć się na przełęcz Erbe (2004 m. n.p.m.). Miałem ku temu okazję już 30 czerwca 2007 roku tzn. w przededniu Maratona dles Dolomites. Niemniej wspólnie z Piotrem Mrówczyńskim uznaliśmy wówczas, iż przebyta właśnie wspinaczka pod Passo Furcia (od Longegi) będzie dla nas wystarczającą rozgrzewką przed czekającym nas nazajutrz startem w najsłynniejszym i skądinąd bardzo trudnym włoskim Gran Fondo. Dlatego odpuściliśmy sobie wówczas atak na Passo delle Erbe, który można było wykonać ze strony Val Badia z początkiem we wiosce Piccolino. Po trzech latach w towarzystwie Darka Kamińskiego mogłem wrócić do tego tematu, przy czym teraz ze względów logistycznych w grę wchodziło przyjrzenie się owej przełęczy od strony zachodniej. Tym samym czekało nas realnie ponad 1600 metrów wspinaczki, zamiast niespełna 1100 jakby to miało miejsce w wersji wschodniej.

Zasadniczo są dwie wersje pokonania tej wspinaczki od strony Valle Isarco. Południowo-zachodnia czyli ponad 25-kilometrowy podjazd przez Val di Funes oraz północno-zachodnia 29-kilometrowa, która prowadzi przez Valle di Eores. Obie o zbliżonym stopniu trudności. Wybrałem ten drugi wariant ze startem w 20-tysięcznym miasteczku Bressanone. Wzniesienie to po raz pierwszy pojawiło się na trasie Giro d’Italia dopiero w 1993 roku na etapie trzynastym z Asiago do Corvara alta Badia. Kolarze pokonali je wówczas od zachodu i jadąc właśnie przez Eores. Ostatnimi czasy zagościło jeszcze na Giro w 2005 roku z podjazdem od strony Piccolino oraz miało być w programie wyścigu z 2006 roku (ponownie ze startem w Bressanone), lecz fatalna pogoda zmusiła wówczas dyrekcję wyścigu do skrócenia etapu i ominięcia owej przełęczy, a także przesunięcia mety z Plan de Corones na Passo Furcia.

Droga do Bressanone w swej znakomitej większości była nam już dobrze znana. Tym razem czekało nas jednak ponad 80 kilometrów dojazdu, po szosie SS-12. Po zjechaniu z krajówki skręciliśmy w Viale Mozart i jadąc po tej alei przeprawiliśmy się na wschodni brzeg rzeki Isarco. Tam zaś zaparkowaliśmy na parkingu przed marketem SPAR. Udało nam się znaleźć miejsce zacienione co tego dnia było o tyle istotne, iż w ten pogodny i bardzo ciepły dzień po powrocie nie wsiądziemy do „piekarnika”. Tymczasem już na starcie naszej wspinaczki czyli około godziny 11:35 termometr w moim liczniku pokazał 32 stopnie. Pierwsze kilometry czyli wyjazdowe z miasta wiodły po ulicy Via Plose. Po pokonaniu 850 metrów od startu zaczęło się odliczanie kolejnych kilometrów podjazdu na przydrożnych znakach. Wzniesienie nie dało czasu na „aklimatyzację”. Niemal od razu droga wypiętrzyła się pod solidnym kątem około 7 % i trzymała tak przez dobre 16 kilometrów jeśli nie liczyć 500 metrów łatwiejszego odcinka w okolicy Meluno.

Początkowe 7 kilometrów wiodło licznymi serpentynami pośród alpejskich łąk. Dopiero po wyjeździe z wioski Sant’Andrea in Monte gdzie naszą uwagę przykuły dwa ładne kościółki oddzielone nienagannie utrzymanym cmentarzem można się było schować w lesie. Dzięki temu przez 3200 metrów mogłem jechać w cieniu przy temperaturze niższej o 5 stopni niż w otwartym terenie. Pomoc natury nie do przecenia przy tak intensywnym i długotrwałym wysiłku jaki nas jeszcze czekał. Leśny odcinek skończył się tuż przed San Giacomo di Eores w miejscu gdzie solidne, acz równomierne nachylenie podjazdu na chwilę skoczyło do blisko 11 %. Odtąd znów trzeba było się prażyć w 26-stopniowym ciepełku pośród zielonych łąk. W teorii po przejechaniu wioski Eores (niem. Afers) stromizna wzniesienia miała nieco zelżeć. W praktyce nie zauważyłem szczególnej różnicy. Dłuższa chwila wytchnienia czekała na nas dopiero po przejechaniu 16,15 kilometra tzn. na wysokości blisko 1700 metrów n.p.m. Jest to miejsce gdzie skręcając w lewo na Valcroce (niem. Kreuztal) można dotrzeć do stacji narciarskiej Plose (2032 m. n.p.m.). Dojechanie do tego rozdroża zajęło mi w sumie 1h 4 minuty i 34 sekundy przy średniej prędkości 15,007 km/h oraz VAM 1053 m/h.

Ponieważ naszym celem była przełęcz Erbe musieliśmy jechać prosto na wschód. Co z kolei oznaczało, iż na pozostałych 13 kilometrach dwukrotnie zostaniemy wybici z rytmu jazdy przez dwa dość długie odcinki zjazdowe. Jednym słowem wzniesienie to przypomniało nam poznane przed rokiem we Francji podjazdy pod Val Thorens i Col de la Croix de Fer. Pierwszy zjazd o długości 2700 metrów prowadzący przez soczyście zieloną łąkę ozdobioną żółtymi kwiatami (obrazy jak z pocztówki) sprowadził nas do poziomu 1570 metrów n.p.m. Po nim trzeba było pokonać 5700 metrów podjazdu do schroniska Halshutte, w tym przez półtora kilometra (20-21,5 km) po kiepskiej nawierzchni. Jakość drogi poprawiła się znacząco dopiero od miejsca gdy 8,5 kilometra przed szczytem nasza droga zbiegła się z tą prowadzącą przez Val di Funes. Około 24 kilometra podjazdu stromizna zapikowała na moment do 10 %. Po minięciu Halshutte przyszła pora na drugi mini-zjazd. Ten z kolei był kręty i bardzo wąski oraz przedzielony na dwie części za sprawą „hopki” o stromiźnie do 7 %. Na szosie leżało sporo drobnych kamyczków co groziło nam złapaniem gumy.

Spadek terenu skończył się niemal dokładnie 3 kilometry przed finałem. W tym miejscu mieliśmy piękny widok szczyt Sass de Putia (2875 m. n.p.m.), zaś nasza droga złączyła się z biegnącą prosto z północy szosą z Luson. Po przejechaniu kilkuset metrów spotkała nas niemiała niespodzianka czyli zerwany asfalt i konieczność jazdy po szutrze, na szczęście jak się szybko okazało tylko przez około 100 metrów. Do jakości pozostałej części tej drogi nie można było się przyczepić. Wąska alejka niemal do końca podjazdu wiodła przez las tu i ówdzie przecięty rwącym strumieniem czy osuwiskiem skalnym. Jedynie na ostatnich kilkuset metrach wyjeżdżało się na otwarty teren po długiej prostej ku samej przełęczy. Według wskazań mojego licznika podjazd liczył sobie 29,92 kilometra co wobec oficjalnego przewyższenia 1441 metrów dawałoby mu skromne średnie nachylenie na poziomie 4,8 %. Niemniej trzeba mieć na uwadze wynik ten mocno zaniża w sumie aż 5 kilometrów zjazdu pokonywanego na dwie raty. Natomiast wobec konieczności odzyskiwania utraconej w ten sposób wysokości faktycznie do pokonania w pionie mieliśmy aż 1626 metrów. Na przejechanie blisko 30-kilometrowego odcinka takiej trasy potrzebowałem 1h 46 minut i 12 sekund przy przeciętnej 16,903 km/h i VAM 918 m/h.

Na przełęczy oprócz innych kolarzy-amatorów nie brakowało też samochodów osobowych i dostawczych z logami Skody czy Esta-The. Był to widomy znak tego, iż nieopodal zamieszkał peleton 93. Giro d’Italia. Z naszej przełęczy do San Vigilio de Marebbe gdzie nazajutrz „profi” mieli wystartować na trasę górskiej czasówki pod Kronplatz było wszak tylko 25 kilometrów. Osoby z kolumny wyścigu najwyraźniej wykorzystały drugi dzień przerwy w „La Corsa Rosa” na przyjemną górską wycieczkę. Podobnie jak na Gardenie Darek zjawił się po upływie kwadransa – podjazd zajął mu m/w 2h i 1 minutę odliczywszy krótki przystanek na początku dziewiątego kilometra. Na przełęczy mimo sporej wysokości bezwzględnej panowała przyjazna temperatura 21 stopni stąd zabawiliśmy tam dobre 20 minut. Po czym rozpoczęliśmy zjazd powrotny przerywany licznymi przystankami. Dzień był bardzo słoneczny, powietrze bardzo przejrzyste – światło wręcz idealne do robienia foto-pamiątek z naszej wycieczki. Do samochodu wróciliśmy o 15:25, po przejechaniu 60 kilometrów i 1806 metrów łącznego przewyższenia, które siłą rzeczy podkręciliśmy nieco na zjeździe. Z uwagi na dzień przerwy w Giro do bazy nie musieliśmy się śpieszyć. Namówiłem Darka na wjazd do Bolzano czyli stolicy prowincji po drogach, której kręciliśmy się od czterech dni. Liczyłem, iż podczas spaceru po tamtejszej starówce uda mi się skutecznie zapolować na jakieś książki z dziedziny kolarskiej historii czy geografii. Niestety ku memu rozczarowaniu poniedziałek 24 maja okazał się lokalnym świętym i wszystkie sklepy, w tym księgarnie były zamknięte.