banner daniela marszałka

Archiwum dla Czerwiec, 2017

Valmorel / Club Med

Autor: admin o 11. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1441 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 978 metrów

Długość: 14,4 kilometra

Średnie nachylenie: 6,8 %

Maksymalne nachylenie: 9,1 %

PROFIL

SCENA

Początek w Aigueblanche (Sabaudia). To miasteczko nad rzeką Izerą, leżące po południowej stronie drogi krajowej N90. Leży ono 24 kilometry na południe od słynnego Albertville, zaś patrząc z drugiej strony ledwie 3 kilometry na północ od Moutiers. Miejscowa gmina powstała w roku 1971 z połączenia trzech okolicznych wsi: Bellecombe, Grand Coeur i Villargerel. Obecnie ma ona przeszło 3100 mieszkańców. Co ciekawe w jej herbie widnieje biały orzeł na czerwonym tle, acz bez korony. Z miejscowości tej rozpocząć aż trzy kolarskie wspinaczki o znacznym stopniu trudności tj. na miarę premii górskiej pierwszej kategorii. Otóż na północ od Aigueblanche wybrać można drogę D92 i podjechać nią co najmniej do poziomu Croix de Sauget czyli na wysokość 1397 metrów n.p.m. Ten podjazd ma długość 13,6 kilometra ze średnim nachyleniem 6,8%. Z kolei w południowej części miasta na rondzie z posągiem górskiego turysty zaczynają się aż dwa ciekawe wzniesienia. Jeśli dojedziemy w to miejsce od strony rzeki i wybierzemy drugi zjazd z ronda to wjedziemy na drogę D94 prowadzącą do Saint-Oyen i dalej ku wiosce Quarante-Planes (1336 m. n.p.m.). Podjazd ten liczy sobie 15,3 kilometra przy średniej 5,7%. Jeśli jednak poczekamy na trzeci zjazd to znajdziemy się na szosie D95, która przez wioski Le Bois, Le Fey Dessus i Avanchers zawiedzie nas do stacji narciarskiej Valmorel. Podjazd do centrum tego ośrodka położonego na wysokości około 1370 metrów n.p.m. liczy sobie 12,7 kilometra ze średnią 7%. Tym niemniej podjechać tu można nieco wyżej. Przynajmniej do bramy głównej ośrodka wypoczynkowego Club Med czyli na wysokości 1441 metrów n.p.m. Komu zaś nie straszny szlaban i odcinek nieco słabszej drogi ten może dotrzeć do najwyższej partii owego kurortu. To znaczy do osiedla wakacyjnych domów położonego na poziomie blisko 1490 m. n.p.m.

Stacja narciarska Valmorel została otwarta w roku 1976. Obecnie leży na terenie gminy Avanchers-Valmorel, powstałej przed niespełna 30 laty. Do dyspozycji narciarzy jest tu 165 kilometrów tras zjazdowych i 20 kilometrów szlaków biegowych. Dzięki systemowi wyciągów narciarskich jest ona połączona ze stacją Saint-Francois-Longchamp, leżącą po południowej stronie Col de la Madeleine. Oba te ośrodki tworzą jeden teren narciarski pod nazwą Grand-Domaine. Z kolarskiego punktu widzenia Valmorel wygląda na ubogą kuzynkę trzech sióstr z narciarskiej domeny Trois Vallees. W przeciwieństwie do Val Thorens, Meribel czy Courchevel podjazd ten nie może „pochwalić się” przewyższeniem ponad 1000 metrów. Taka amplituda dostępna jest tu co najwyżej dla najbardziej upartych cykloturystów. Poza tym do Valmorel nie zajrzał jeszcze Tour de France, choć zaszczyt ten spotkał już siedem stacji z doliny Tarentaise. To znaczy wszystkie trzy wyżej wymienione kurorty, jak również położone dalej na wschód: La Plagne, Les Arcs, Tignes i Val d’Isere. Jak dotąd największym kolarskim wydarzeniem na drodze D95 był przejazd wyścigu Criterium du Dauphine w sezonie 2013. Na podjeździe z Aigueblanche do Valmorel kończył się piąty etap tej imprezy. Finisz wyznaczono na wysokości 1369 metrów n.p.m. Na mecie nie było dużych różnic w czołówce. Pierwszych dziesięciu zawodników dzieliło mniej niż 30 sekund. Wygrał Chris Froome, który o 4 sekundy wyprzedził Alberto Contadora i Amerykanina Matthew Bussche z ekipy Radioshack. Tego dnia „Biały Kenijczyk” po raz pierwszy w swej karierze przywdział koszulkę lidera CdD. Prowadzenie odebrał czternastemu na kresce Australijczykowi Rohanowi Dennisowi. Młodziutki Michał Kwiatkowski finiszował tu dziewiętnasty ze stratą 1:37, zaś Bartosz Huzarski zabrał się do 15-osobowej ucieczki, lecz został dogoniony na pierwszych kilometrach finałowego wzniesienia.

AKCJA

Do Notre-Dame de Briancon zjechałem kwadrans po trzeciej. Na dziesiątym kilometrze zjazdu, jakieś kilkaset metrów po wjeździe na szosę D213 minąłem się z Darkiem. Dario był tego dnia w bojowym nastroju i mocno pojechał obie góry. Na niedzielną jazdę w upale ubrał górę ze stroju triathlonowego, przez co spiekł się dość solidnie na brakach, ramionach i karku. Będąc już na dole postanowiliśmy poczekać na przyjazd Piotra i Tomka. To oczekiwanie przerodziło się w dłuższą sjestę na lewym brzegu Izery, bowiem przeszło nam czekać ponad godzinę. W tym czasie dla ochłody wchodziliśmy w wartki nurt tej górskiej rzeki. Nasi kompani po swej przeszło 50-kilometrowej wycieczce na Col de la Madeleine i z powrotem mieli już dość kolarstwa na ten dzień. Tym samym na Valmorel przyszło nam ruszyć we dwóch. Uznaliśmy, iż nie ma sensu wsiadać do samochodu na kilka kilometrów. Postanowiliśmy podjechać do Aigueblanche na rowerach. Ten niespełna 6-kilometrowy dojazd po minimalnie wznoszącym się terenie wcale nie był przyjemnością. Temperatura cały czas nie schodziła poniżej 30 stopni. Ja osobiście w takich „okolicznościach przyrody” czuje się przytłumiony i wypruty z energii. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do ronda, z którego startuje droga D95. Stanęliśmy na chwilę abym zrobił kilka zdjęć na starcie. Wiedziałem wszak, że tym razem po zaliczeniu wzniesienia nie zjadę do jego podnóża, lecz do położonej przeszło dwieście metrów wyżej bazy noclegowej w Les Emptes. Nasz wysiłek w tych cieplarnianych warunkach pogodowych wolałem ograniczyć do niezbędnego minimum. Tymczasem na starcie o godzinie 16:40 mieliśmy tu 33 stopni. Potem w trakcie jazdy nawet 36, zaś na mecie blisko tysiąc metrów wyżej wciąż 30!

Pierwsza kwarta podjazdu czyli 3,5 kilometra na dojeździe do Gite Les Emptes była nam bardzo dobrze znana. W ciągu minionego tygodnia zdążyła się nam już opatrzeć. Ten odcinek górskiej drogi już kilkakrotnie przejechaliśmy samochodem w jego obie strony. Poza tym pokonaliśmy go też dwa dni wcześniej wracając na rowerach z Moutiers po zjeździe z Col du Pradier. Podjazd do Valmorel-Club Med jest regularny. Nachylenie trzyma tu najczęściej w okolicy 7%. Na pierwszych sześciu kilometrach nie ma odstępstw od tej reguły. Wyżej zdarzają się nieco łatwiejsze odcinki. Na pierwszym kilometrze minęliśmy wioskę Pre de l’ Archeveque (0,4 km), zaś po pokonaniu 1100 metrów wzięliśmy pierwszy z trzech wiraży na początkowym odcinku tej wspinaczki. Jeden z nich ochrzciłem mianem „zakrętu mustangów”, bowiem zazwyczaj pasło się przy nim stadko koni. Po przejechaniu 2,6 kilometra byliśmy już w Le Bois, największej wiosce w dolnym sektorze wzniesienia. Niespełna kilometr dalej minęliśmy bramę wjazdową na dobrze nam znane podwórko w Les Emptes. Od tego miejsca każdy metr w górę był już wycieczką w nieznane. Nasz postępy odmierzały przydrożne „kamienie milowe” bliźniaczo podobne do tych ze szlaków na Madeleine czy Croix-der-Fer. Ten postawiony na 9 kilometrów przed centrum stacji Valmorel straszył stromizną rzędu 12% na kolejnym kilometrze. Była to jednak ostra przesada. Jakkolwiek odcinek bezpośrednio za Les Emptes należał do najtrudniejszych fragmentów całego podjazdu to jego maksymalne nachylenie nie dotknęło nawet 10%, co dopiero mówić o średniej z całego kilometra. Na piątym i szóstym kilometrze mogliśmy się schować w cieniu drzew. Ta osłona skończyła tuż przed wjazdem do wioski Le Fey Dessous (6,4 km). Odtąd jechaliśmy już niemal wyłącznie w terenie odsłoniętym, a przy tym dość gęsto zaludnionym. Poprzez La Grange (6,8 km) i Le Cornet (7,4 km) dojechaliśmy do głównego ośrodka tej górskiej gminy czyli Les Avanchers-Valmorel (8,5 km). Tu wzięliśmy wiraż w lewo i ominęliśmy tą miejscowość od wschodniej strony.

Jadąc cały czas w kierunku południowo-zachodnim wkrótce dobrnęliśmy do Le Pre (10,4 km). Po przebyciu 11,3 kilometra przeskoczyliśmy nad potokiem Le Morel, który dał nazwę owej dolinie. Po kolejnych kilkuset metrach wjechaliśmy już na teren stacji. Niemniej do kresu wspinaczki brakowało nam jeszcze 2600 metrów. Najpierw dotarliśmy do jej centrum czyli wypłaszczenia z dużym parkingiem przed Residence Les Teppes (12,4 km). Przejechaliśmy pod drewnianą bramą, minęliśmy dwie następne serpentyny i w końcu zjechaliśmy z drogi D95 po 13,3 kilometra od startu. Odtąd kierowaliśmy już tylko tablicami wyznaczającymi szlak do ośrodka Club Med. Przejechaliśmy krótki tunel i na ostatnie 700 metrów wjechaliśmy w bardziej zacieniony teren. W końcu po zaliczeniu czterech wiraży na ostatnim kilometrze wjechaliśmy w pomarańczową bramę prowadzącą do centrali Club Med-Valmorel. Tu zatrzymaliśmy się przed szlabanem po przejechaniu 14,4 kilometra w czasie 1h 06:14. Na stravie najdłuższy segment jaki znalazłem ma o sto metrów mniej. Pokonaliśmy go w 1h 05:54 (avs. 14,3 km/h ze skromnym VAM 875 m/h). Sześć godzin wcześniej Darek wjechał tu znacznie szybciej, a nawet nieco wyżej. Na owym sektorze zanotował czas 1h 00:43 (avs. 14,2 km/h z VAM 950 m/h). Potem spod bramy pojechał jeszcze boczną drogą do wspomnianego osiedla „domków jednorodzinnych”. My „zmiękczeni” wyprawą na Lachat jedynie na początkowym i końcowym odcinku owej wspinaczki byliśmy w stanie jechać tempem kolegi. Za to na środkowych 10 kilometrach straciliśmy do niego przeszło 5 minut. Na nieco krótszym segmencie o długości 12,1 kilometra Dario zanotował czas 51:12, zaś my 56:46. Dla porównania dodam, że liderem jest tu Holender Laurens Ten Dam, który podczas wspomnianego CdD 2013 „przeleciał” ten dystans w 31:55, co dało mu 12 miejsce na etapie ze stratą 32 sekund do zwycięskiego Froome’a. Z Valmorel pomknęliśmy już wprost do bazy czyli po 11 kilometrach zjazdu byliśmy w domu. Tego dnia przejechałem więc w sumie 68,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2482 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1032123485

http://veloviewer.com/activities/1032123485

ZDJĘCIA

20170611_101

FILMY

20170611_115809

20170611_121210

20170611_121500

20170611_122541

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Valmorel / Club Med została wyłączona

Lachat

Autor: admin o 11. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1925 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1470 metrów

Długość: 18,5 kilometra

Średnie nachylenie: 7,9 %

Maksymalne nachylenie: 11,3 %

PROFIL

SCENA

Początek w Notre-Dame de Briancon (Sabaudia). To mała wioska z przystankiem kolei SNCF obsługiwanym przez regionalne pociągi Rhone-Alpes. Na mapie znaleźć ją można pomiędzy nieco większymi wsiami Feissons-sur-Isere (na północy) i La Lechere (na południu). Dojeżdżając tu od strony Albertville trzeba przejechać niespełna 20 kilometrów. Drogę krajową N90 należy wówczas opuścić na zjeździe nr 37 czyli o jeden wcześniej niż wtedy gdy wybieramy się do Aigueblanche czy Valmorel. Natomiast jadąc od strony Moutiers mamy do pokonania ledwie 9 kilometrów. Ze wspomnianej krajówki trzeba zjechać na drogę D990 w okolicy La Lechere. Wspomniana wioska leży niemal w całości na prawym brzegu Izery. Niemniej sam podjazd zaczyna się na lewym brzegu owej rzeki, stąd tuż przed dworcem kolejowym trzeba skręcić w lewo w kierunku mostu który przeprowadzi nas na drugą stronę. Pierwsza połowa podjazdu do Chalet Lachat biegnie po regionalnej drodze D213 i jest tożsama z dolną częścią północnej wspinaczki pod Col de la Madeleine (1993 m. n.p.m.). Słynną z racji częstego występowania na trasach Tour de France. Przez tą przełęcz biegnie jedyną przeprawa drogowa łącząca doliny Tarentaise i Maurienne na odcinku między górskimi masywami Lauziere (na zachodzie) i Vanoise (na wschodzie). Peleton „Wielkiej Pętli” przejechał przez nią już 25 razy, w tym 12-krotnie od północnej strony. Po raz pierwszy w roku 1969 na etapie z Chamonix do Briancon, kiedy to jej zdobywcą został Bask Andres Gandarias. Potem trzykrotnie zdobywali ją Belg Lucien Van Impe i Francuz Richard Virenque. Ostatni raz północnym szlakiem podjeżdżano w 2012 roku, gdy górską premię wygrał Słowak Peter Velits. Potem jeszcze w 2013 roku, lecz od południowej strony najszybciej wjechał tu Francuz Pierre Rolland.

Niemniej chcąc dotrzeć do Lachat szlak ku „Magdalenie” trzeba opuścić na wysokości około 1020 metrów n.p.m. To znaczy w połowie dziesiątego kilometra wspinaczki, tuż przed wsią Villard-Benoit. W tym momencie wjeżdża się na znacznie węższą i bardziej stromą dróżkę. Prowadzi ona na zachód ku szczytom górskiej grupy Lauziere. Na wprost za metą podjazdu znajduje się wierzchołek Point de Combe Bronsin o wysokości identycznej jak nasze Rysy czyli 2499 metrów n.p.m. Przy owej bocznej drodze spotkamy tylko jedną ludzką osadę. To znaczy Le Biollay pod koniec dwunastego kilometra wspinaczki. Droga do gospodarstwa Lachat jest nie tylko ciasna i stroma, lecz również bardzo kręta. Przede wszystkim na ostatnich pięciu kilometrach. Od chwili zjazdu z szosy D213 do szczytu trzeba pokonać aż 18 wiraży. Natomiast poniżej Villard-Benoit na odcinku o podobnej długości jest ich o połowę mniej. W sumie więc owa wspinaczka składa się jakby z dwóch różnych połówek. Najpierw mamy segment o długości 9,4 kilometra i średnim nachyleniu 6,5% przy max. 10,9%. Fragment bynajmniej niełatwy, szczególnie na pierwszych trzech kilometrach. Prowadzący po szerokiej szosie, acz z nieregularnym nachyleniem. Potem przychodzi pora na typowo górską i nieustannie stromą wspinaczkę. To znaczy na sektor o wymiarach 9,1 kilometra ze średnią aż 9,6% i maksymalną stromizną na poziomie 11,3%. Tym niemniej jest to z kolei odcinek o bardzo regularnym nachyleniu. Niemal cały czas w pobliżu 10%. Ze względów logistycznych nie zawita tu nigdy żaden większy wyścig. Szosa jest na tyle wąska, że samochody osobowe miałyby problem z mijaniem się czy wyprzedzaniem. Natomiast placyk na szczycie wzniesienia pomieścić mógłby co najwyżej uczestników jakiejś lokalnej imprezy.

AKCJA

Gdy tylko autokary zespołów biorących udział w Criterium du Dauphine odblokowały Aleję Strzelców Alpejskich ruszyliśmy z powrotem ku dolinie Tarentaise. Dojechawszy do Notre-Dame-de Briancon przejechaliśmy mostek nad Izerą i znaleźliśmy sobie ciche miejsce na postój w alejce biegnącej równolegle z drogą D213. Tu przynajmniej lekka bryza od strony wartkiej i zimnej rzeki nieco orzeźwiała nas przed startem do kolejnej wspinaczki w upalnych warunkach. Już czwarty dzień z rzędu zmagaliśmy się z upałem. Tym razem na starcie mieliśmy 33 stopni. W trakcie jazdy maksymalna temperatura sięgnęła 36! Natomiast na mecie mimo sporej wysokości mój licznik zanotował aż 31. Na spotkanie z Madeleine vel Lachat ruszyliśmy we czterech. Darek na ten dzień opracował swój prywatny grafik zajęć. W zasadzie odwrócił wcześniej zaplanowaną kolejność zdarzeń. To znaczy już przed godziną jedenastą wybrał się na Valmorel, by następnie kwadrans po czternastej rozpocząć znacznie trudniejszy pojedynek z olbrzymem Lachat. Tymczasem my zaczęliśmy jazdę o godzinie 12:31 z mostu nad Izerą. Niemniej wspinaczka tak naprawdę zaczęła się dopiero po dwustu metrach od tego miejsca. Początkowo jechaliśmy razem czyli we czwórkę. Ja i Romek zaliczyliśmy już tą stronę Madeleine w 2013 roku, więc naszym celem było Lachat. Ku słynnej „Magdalenie” wybierali się za to Pedro i Tommy. Żar lejący się z nieba nie zachęcał do szybkiej jazdy. Podobnie jak świadomość jak trudna ma być druga połowa tego wzniesienia. Przeto pasowało nam nieco wolniejsze tempo Piotr i Tomka. Po pierwszych 500 metrach wspinaczki dojechaliśmy do miejsca gdzie nasz szlak połączył się z drogą D66 biegnącą z Feissons-sur-Isere. Niespełna 400 metrów dalej w okolicy pierwszej serpentyny stromizna po raz pierwszy przekroczyła 10%.

Trzy wiraże dalej czyli na początku trzeciego kilometra definitywnie rozstaliśmy się z naszymi kolegami życząc im powodzenia na długiej drodze ku Col de la Madeleine. Nasi kompani mieli do pokonania przeszło 25 kilometrów ze średnim nachyleniem 6,3% i przewyższeniem netto blisko 1600 metrów! Tymczasem w połowie trzeciego kilometra stromizna sięgnęła już poziomu 10,9%. Niemniej już na czwartym znacząco odpuściło. Na siódmej serpentynie (3,2 km) mieliśmy pierwszą okazję do skoku w bok. Pikanterii temu rozjazdowi dodawał fakt, iż skręt w prawo był na wioskę o lingwistycznie dwuznacznej nazwie Pussy. Gdybyśmy wybrali wiodącą ku niej drogę D213a skończylibyśmy wspinaczkę co najwyżej w osadzie Les Foyeres na wysokości 1150 metrów n.p.m. My jednak musieliśmy odbić w lewo i nadal trzymać się szosy D213, która następnie przez długie 3500 metrów wiodła niemal prosto w kierunku południowym. Całe szczęście, że choć otoczenie drogi było mocno zalesione, dzięki czemu upał nie był skrajnie dokuczliwy. Nachylenie stopniowo łagodniało. O ile na czwartym i piątym kilometrze chwilowo sięgało jeszcze 9%, o tyle począwszy od kilometra szóstego nie wychylało się już powyżej 8%. Co więcej na przełomie ósmego i dziewiątego kilometra trafił się nam nawet odcinek zupełnie płaski. Nieco wcześniej, bo po przebyciu 7,4 kilometra od początku wspinaczki minęliśmy drugą boczną drogę w prawo. Ta z kolei wiedzie najpierw do wioski Bonneval, zaś ostatecznie kończy się na poziomie 1490 metrów n.p.m. To jeszcze nie była nasza bramka do górskiej dziczy. Znów pojechaliśmy prosto, wkrótce przejeżdżając przez wioskę Villard-Soffray (7,9 km). Dopiero w połowie dziesiątego kilometra tuż za łagodnym łukiem w prawo pojawiła się nasza ścieżka w nieznane czyli droga C5. Na szczęście bardzo dobrze oznakowana tzn.  informująca nas ile kilometrów zostało do wioski Le Biollay jak i samego Lachat.

Przeskok z łatwego fragmentu podjazdu na Col de la Madeleine na ten stromy szlak był dość drastyczny. Trzeba było wybrać sobie właściwe przełożenie, znaleźć swój rytm jazdy i mieć nadzieję, iż nogi, serce i płuca to wytrzymają. Tu również, po przejechaniu 1300 metrów, pojawił się jeden rozjazd. Niemniej znak w lewo kierował na Lachat, więc nie było wątpliwości, w którą stronę musimy zdążać. Droga w prawo czyli C4 zawiodłaby nas do osady Mont d’en Haut, na wysokość ledwie 1440 metrów n.p.m. Jadąc na południe wkrótce dojechaliśmy do Le Biollay (11,8 km). Za tą wioską czekały nas trzy wiraże, po czym długi odcinek zawracający w kierunku północnym. Niezależnie jednak od tego czy było kręto czy też nie stromizna nie odpuszczała. Niemal bez przerwy trzymała na poziomie od 9 do 11%. Od połowy piętnastego kilometra minimalną ulgę przyniosła seria serpentyn. Na kolejnych 1800 metrach przejechaliśmy w sumie osiem wiraży. Pod koniec siedemnastego kilometra wspinaczki naszym oczom ukazał się widok na górskie szczyty masywu Lauziere. W połowie osiemnastego kilometra droga znów poczęła się wspinać zakosami. Romek zaczął nie wytrzymywać naszego dotychczasowego tempa. Ja zaś miałem jeszcze nieco sił w zanadrzu, więc postanowiłem wyrównać nasze sabaudzkie rachunki. Romano po stronie swych górskich aktywów mógł dotąd zapisać Joly i Bisanne, zaś ja jedynie Les Saisies. Przyśpieszyłem mając nadzieję, że do kresu szosy zostało nam już tylko kilkaset metrów. Liczyłem na to, że zobaczę metę za najbliższym zakrętem lub dwoma. Tymczasem na solo musiałem jeszcze przejechać 1100 metrów z czterema wirażami zanim ujrzałem Chalet Lachat. Wspinaczkę skończyłem po przejechaniu 18,6 kilometra (od mostu) w czasie 1h 37:19 (avs. 11,5 km/h). Według stravy ostatnie 8,8 kilometra pokonałem w 53:47 (avs. 9,8 km/h i VAM 990 m/h). Romkowi tego dnia wariował Garmin, więc nie załapał się do tego zestawienia. Stracił do mnie około 40 sekund. Natomiast Dario pokonał ten sam odcinek przejechał później w 55:30 (avs. 9,5 km/h), lecz należy pamiętać, iż w nogach miał już wtedy podjazd do Valmorel.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1032123446

http://veloviewer.com/activities/1032123446

ZDJĘCIA

20170611_041

FILMY

20170611_160139

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Lachat została wyłączona

Criterium du Dauphine – okiem kibica

Autor: admin o 11. czerwca 2017

WYCIECZKA DO ALBERTVILLE

Na pożegnanie z Doliną Tarentaise zaplanowane mieliśmy wspinaczki ku gospodarstwu Lachat oraz stacji narciarskiej Valmorel. Ta pierwsza była największym i zarazem najtrudniejszym wzniesieniem na mojej sabaudzkiej liście życzeń. Drugą z racji miejsca naszego pobytu (noclegu) nazwać mogliśmy swym przydomowym podjazdem. Jednak tego dnia przed południem zanim sami wsiedliśmy na rowery niemal w komplecie wybraliśmy się do niedalekiego Albertville zobaczyć największe sławy światowego peletonu. Okazja ku temu była wyborna. Otóż z miasta, które ćwierć wieku temu gościło Zimowe Igrzyska Olimpijskie ruszał ostatni etap 69.  Criterium du Dauphine. Wyścigu, który dla wielu czołowych kolarzy jest generalną próbą przed Tour de France. Imprezy, która w ostatnich dwóch dekadach stała się czwartą najbardziej prestiżową etapówką w kolarskim kalendarzu. To znaczy ustępującą rangą jedynie trzem Wielkim Tourom. Pojechaliśmy we czterech tzn. bez Darka, który wolał pozostać w Les Emptes by spokojnie przygotować się do kolejnego odcinka naszego Tour de Savoie. Tym bardziej, że musiał jeszcze naprawić koło w swym rowerze, po tym jak strzeliła mu szprycha na podjeździe do La Plagne. Start honorowy w Albertville wyznaczono na godzinę 11:25. Uznaliśmy, że najlepiej będzie pojawić się na miejscu około wpół do jedenastej. Zastanawiałem się na ile swobodny będziemy mieli dostęp do uczestników imprezy tak wysokiej rangi. Przy tym od roku 2010 organizowanej przez Amaury Sport Organisation. Po przyjeździe do Albertville zaparkowaliśmy przy Avenue des Chaussers Alpins, po czym przeszliśmy może ze trzysta metrów w kierunku północnym i już byliśmy gdzie trzeba.

Miasteczko startowe ustawiono na placu za ulicą Felixa Chautemps. Stały tam już autokary i wozy techniczne wszystkich drużyn. Pośród nich kręcili się kolarscy kibice. Niemniej żadne tam nieprzebrane tłumy. Atmosfera była swobodna. Kto chciał mógł spróbować zrobić sobie zdjęcia ze swym idolem czy wziąć od niego autograf. Z czasem zawodnicy nie jednej z ekip zaczęli się rozgrzewać przed startem w cieniu swych wielkich teamowych busów. Mieli ku temu dobry powód. Ostatni odcinek tegorocznego „Delfinatu” liczył sobie tylko 115 kilometrów. Mimo tego czekały na nich aż cztery premie górskie. Trzy pierwsze na przełęczach: Saisies, Aravis i Colombiere. A na deser stromy finałowy podjazd na Plateau de Solaison. Przy czym pierwszą wspinaczkę mieli zacząć już na 15 kilometrze. Team Sky chcący doprowadzić Chrisa Froome’a do czwartego w ogóle, a trzeciego z rzędu zwycięstwa w tym wyścigu „rozgrzewał silniki” niemal w komplecie. Tego dnia musieli znaleźć jakiś sposób na swego dawnego kolegę czyli Australijczyka Richie’go Porte z zespołu BMC. Oczywiście jak to zwykle bywa przy tego rodzaju okazjach przy placu nie brakowało stoisk z kolarską odzieżą oraz innymi gadżetami, które zdolne są przykuć uwagę fanów kolarstwa. Przechadzaliśmy się z wolna po placu chłonąc atmosferę tych zawodów. W końcu na kilka minut przed wyznaczoną porą niemal wszyscy wynieśli się w ślad za kolarzami do miejsca startu honorowego ustawionego na wspomnianej alei, nieopodal miejskiego ratusza. Po chwili kolorowy peleton ruszył na północ ku dolinie Beaufortain, zaś niedługo potem autokary drużyn gęsiego ruszyły w przeciwnym kierunku, aby łatwiejszą i szybszą trasą przez Chambery dotrzeć do Boneville w pobliżu mety.

Na ósmym etapie tegorocznego Criterium du Dauphine działo się wiele. Ekipie Sky udało się w końcu zamęczyć osamotnionego lidera w okolicy Col de la Colombiere. Michał Kwiatkowski pracował za trzech i w każdym terenie. Atakował w górach, szalał na zjazdach i na dodatek harował na rzecz swego lidera na płaskim odcinku do Thuet czyli poprzedzającym finałowy podjazd. Niestety na niewiele to się zdało. Christopher Froome nie miał dobrego dnia. „Kwiatek” i spółka wypracowali mu przed Solaison przewagę aż półtorej minuty nad osamotnionym przez swych kolegów liderem. Pomimo to Porte na ostatnich 11 kilometrach nie tylko doszedł, ale nawet wyprzedził Froome’a. Tym przed nimi jednak finiszowało sześciu innych zawodników. Sprawdziło się przysłowie „gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta”. Tego dnia obu głównych faworytów pogodził Jakob Fuglsang. Duńczyk z zespołu Astana wygrał zarówno etap jak i cały wyścig. na płaskowyż wjechał z przewagą 12 sekund nad Danem Martinem reprezentującym Irlandię i 27 nad Louisem Meintjesem z Republiki Południowej Afryki. Porte ostatecznie przegrał cały wyścig tylko o 10 sekund. Dla Froome’a zabrakło miejsca na generalnym podium. Przegrał trzecie miejsce ledwie o sekundę. Obok urodzonego w szwajcarskiej Genewie duńskiego „Śpiewającego Ptaka” na pudle stanęli australijski „Diabeł z Tasmanii” i urodzony w angielskim Birmingham pół-Anglik i pół-Irlandczyk, siostrzeniec słynnego Stephena Roche’a. Podium pełne transgranicznych ciekawostek. Zgodne z duchem tej imprezy. Wszak pierwszym zwycięzcą tego wyścigu, w roku 1947, był Edouard Klabinski – Polak urodzony w Niemczech, mieszkający we Francji, lecz jeżdżący z polską licencją.

ZDJĘCIA

20170611_001

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Criterium du Dauphine – okiem kibica została wyłączona

Cormet d’Areches / Plan Pichu

Autor: admin o 10. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1939 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1256 metrów

Długość: 18,6 kilometra

Średnie nachylenie: 6,8 %

Maksymalne nachylenie: 12,5 %

PROFIL

SCENA

Początek w Aime (Sabaudia). To miasto na prawym brzegu Izery, mające przeszło 3500 mieszkańców. Położone jest w pół drogi między Moutiers a Bourg-Saint-Maurice. Dokładnie zaś 14 kilometry na północny-wschód od pierwszego z nich i 13 kilometrów na południowy zachód od drugiego. Leży po północnej stronie drogi krajowej N90. W sąsiednim Macot zaczyna się podjazd do słynnej stacji narciarskiej La Plagne, która to w trakcie Igrzysk Olimpijskich z roku 1992 była areną zawodów saneczkarskich i bobslejowych. Gościła też ona już czterokrotnie – bo w latach 1984, 1987, 1995 i 2002 – uczestników Tour de France. Przy dwóch ostatnich okazjach Aime, następnego dnia po górskim finiszu w La Plagne, występowało w roli miasteczka startowego do kolejnego etapu „Wielkiej Pętli”. W 1995 ruszano stąd w kierunku L’Alpe d’Huez, zaś siedem lat później w zgoła przeciwną stroną, bo do Cluses. Niemniej największy, lecz dotąd nieodkryty kolarski skarb tych okolic leży na północ od miasta czyli masywie Beaufortain. To przełęcz Cormet d’Areches (2108 m. n.p.m.) leżąca na pomiędzy szczytami Cret du Rey (2633 m. n.p.m.) i Mont Coin (2539 m. n.p.m.). Przez tą górską przeprawę biegnie w zdecydowanej większości asfaltowa droga z Beaufort do Aime. Według „cyclingcols” północny strona tego szlaku ma długość 19,2 kilometra o średnim nachyleniu 7,1% i z przewyższeniem netto 1370 metrów. Natomiast południowa droga 20,1 kilometra o niemal identycznej stromiźnie z amplitudą 1425 metrów. Według obliczeń autora tej strony każda z tych wspinaczek jest trudniejsza od przetestowanych już na Tourze podjazdów do Meribel, Courchevel, La Plagne czy Les Arc. Spośród kolarskich wzniesień doliny Tarentaise jedynie północna Madeleine i ogromna Val Thorens są nieco wyżej punktowane.

Z kolei francuska strona „alpes4ever” w artykule poświęcony tej górze wymienia aż siedem wariantów wjazdu na Cormet d’Areches, z czego trzy południowe z okolic Aime i trzy południowo-wschodnie rozpoczynane w rejonie Bourg-Saint-Maurice. W każdym razie wszystkie te „południowe” ścieżki łączą się najpóźniej we wiosce Granier czyli na wysokości 1240 metrów n.p.m. Ja wybrałem sobie południową wersję ze startem w Aime. Mój podjazd zaczął się na styku dróg D990 i D86c. Na samym początku należało pojechać w górę tej drugiej, zaś po trzystu metrach zamienić ją na szosę D218. W pierwszej połowie tego podjazdu mija się szereg mniejszych wiosek tzn. Villaroland, Tessens oraz La Thuile (popularna nazwa tak w Sabaudii jak i Dolinie Aosty). Około półmetka wjeżdża się do największej miejscowości na tym szlaku czyli wspomnianej już Granier. Powyżej jej teren staje się mniej cywilizowany. Napotkać można co najwyżej pasterskie gospodarstwa, przede wszystkim Laval na wysokości około 1670 metrów n.p.m. Wedle danych z „cyclingcols” ostatnie cztery kilometry południowego podjazdu oraz finałowe trzy tysiące metrów po północnej wspinaczki są szutrowe. W zasadzie to prawda, acz po „mojej” stronie góry ów kamienisty odcinek zaczął się dopiero na 1900 metrów przed przełęczą. Szosowcom niewiele więc tu brakuje do pełni szczęścia. Bezsprzecznie obie wspinaczki na tą przełęcz są trudniejsze niż podjazdy na sąsiednią Cormet de Roselend. Gdyby tylko udało się nieco wygładzić obecne szutrowe końcówki to Cormet d’Areches mogłaby dla Touru stać się tym czym dla Giro d’Italia jest piemoncka Colle delle Finestre. Wówczas północna droga na Areches byłaby ostrym przetarciem przed kolejnym finałem w La Plagne. Natomiast jej południowa „siostra” mogłaby na Tourze przeprowadzać selekcję przed wspinaczką do mety w Les Saisies.

AKCJA

Do Viclaire zjechałem kwadrans po trzeciej. Koledzy byli już przy samochodzie. Teraz czekała nas wycieczka do Aime. A w zasadzie przystanek niemal dokładnie w połowie drogi powrotnej do Les Emptes. Gdy tuż przed szesnastą dotarliśmy do owego miasteczka zatrzymaliśmy się tam na poboczu Route de Frebuge (D220) w cieniu wiaduktu, po którym biegnie tu krajówka N90. Z tego miejsce Darek, Romek i Tomek mieli poprzez most Napoleona ruszyć na południe w stronę Macot i dalej ku stacji La Plagne. Mnie natomiast ciągnęło na północ ku dzikiej Cormet d’Areches. Podjazd do La Plagne jest niewątpliwie godny polecenia amatorom kolarstwa. Długi, duży i dość trudny, a poza tym wypróbowany i to kilka razy na Tour de France. Wygrywali na nim: Laurent Fignon (dwa razy), Alex Zulle i Michael Boogerd. Niemniej na mojej liście był już dawno odhaczony. Zaliczyłem go już w 2005 roku podczas swej pierwszej wyprawy do Francji. Nie była to co prawda wówczas moja pierwsza wspinaczka w tym kraju, ale mogę powiedzieć, że właśnie od tego wzniesienia zaczęła się moja znajomość z kolarskimi górami doliny Tarentaise jak i całej Sabaudii. Zmagania z tym podjazdem zostawiłem zatem moim trzem kompanom, a samemu o godzinie 16:15 ruszyłem w przeciwnym kierunku. Zaraz po starcie podjechałem do centrum Aime wjeżdżając na szosę D990. Już po czterystu metrach powinien był skręcić w prawo na drogę D86c, lecz nie było w tym miejscu żadnego znaku z nazwą Areches, więc pojechałem prosto. Po przebyciu 1800 metrów wyjechałem z Aime i wtedy byłem już niemal pewien, że przeoczyłem początek mojego podjazdu. Chcąc nie chcąc wjechałem na drogę N90 i dopiero po przejechaniu 2600 metrów od startu zawróciłem na wschód. Po kolejnych trzech kilometrach jazdy na wspomnianej krajówce ponownie zawitałem do Aime.

Tym razem czym prędzej skręciłem w prawo i de facto dopiero po przejechaniu 5,8 kilometra i zmarnowaniu około piętnastu minut zacząłem zaplanowaną wspinaczkę. Krótki odcinek na drodze D86c nie miał szczególnie górskiego charakteru. Pewności co do słuszności swego wyboru nabrałem dopiero za kościołem parafialnym, gdy wjechałem na Route de Villaroland. Na pierwszych dwóch kilometrach podjazd prowadził cały czas w kierunku zachodnim. Po przejechaniu półtora kilometra wyjechałem z Aime i niebawem dotarłem właśnie do Villaroland (1,9 km). Wkrótce zaciekawiły mnie i zarazem zaniepokoiły znaki drogowe oznajmujące, iż droga będzie zamknięta na wysokości Granier. Polowałem na kolejne wzniesienie o przewyższeniu ponad 1000 metrów, więc nastawiałem się na dojazd przynajmniej do końca asfaltu za osadą Laval. Postanowiłem nie przejmować się tymi wieściami. W przeszłości już nie raz ignorowałem tego typu ostrzeżenia i dobrze na tym wychodziłem. Gdzie samochód nie przejedzie, tam rower może się przeciśnie. Nie można było tracić nadziei. Większym problem był na razie upał. Jechałem wszak południowym stokiem góry. Temperatura szybko wzrosła z 30 stopni na starcie do 35 i ponownie spadła do początkowego poziomu dopiero w połowie dziewiątego kilometra wspinaczki. Wiedziałem, że w tych warunkach muszę jechać ostrożnie. W trakcie przejazdu przez Tessens (4,8 km) pozwoliłem sobie nawet na 20-sekundowy postój celem napełnienia bidonu wodą pitną z przydomowego kranu. Droga wspinała się długimi trawersami z wirażami rozstawionymi co kilometr, półtora czy nawet dwa kilometry. Jechałem ze średnią prędkością 14,2 km/h i blisko 40 minutach wspinaczki dotarłem w końcu do Granier (9,3 km). Tu zastały mnie roboty drogowe na wylocie ze wsi. Droga była niemal na całej swej szerokości rozkopana. Odcinek nie do przebycia dla większości zmotoryzowanych turystów, lecz dla cyklisty nic strasznego. Natomiast w nagrodę za upór możliwość dalszej jazdy w górskiej głuszy z dala od ruchu samochodowego.

Na początku dwunastego kilometra okolice drogi stały się zalesione. Wkrótce na rozjeździe trzeba było odbić w prawo. Od tego miejsca przez około kilometr jechałem po najłatwiejszym fragmencie całego wzniesienia. Z początku było tu nawet kilkaset metrów łagodnego zjazdu. Jednak po przebyciu 12,5 kilometra od startu zaczęła się naprawdę wymagająca wspinaczka. Od tego momentu wąska górska szosa zaczęła biec w kierunku północno-zachodnim, równolegle do potoku o znajomej nazwie Cormet d’Areches. Zarówno na dojeździe do Laval (15,1 km) jak i na pierwszym kilometrze za tym pasterskim przysiółkiem stromizna trzymała na średnim poziomie 9 lub 10%, zaś trzykrotnie poszybowała ponad 12%. Jechałem przed siebie dopóki mogłem. Liczyłem się z tym, że już niebawem asfaltu zabraknie mi pod kołami i być może będę musiał się zatrzymać. Tymczasem skończył się szesnasty kilometr podjazdu, zaś droga nadal była utwardzona. Po drugim przejeździe na wschodni brzeg wspomnianego potoku stała się co prawda węższa i nieco słabsza jakościowo. Niemniej zamiast spodziewanego szutru nadal był to wciąż szosa, może tylko nieco bardziej chropowata niż wcześniej. Miałem nadzieję, że może taki „szuter” utrzyma się do samej przełęczy. Niestety aż tak dobrze nie było. Droga „lekkostrawna” dla szosowca skończyła się na wysokości gospodarstwa Plan Pichu (1939 m. n.p.m.) tj. 1900 metrów przed finałem. Przejechałem jeszcze jakieś dwieście metrów po dość luźnych kamieniach i dałem w końcu za wygraną 22 metry powyżej tej osady, w miejscu gdzie przez ów kamienisty dukt przepływa potok Ruisseau de Plan Brunet.

Owszem na upartego mogłem jechać (lub może iść) jeszcze wyżej, ale nie wiedziałem ile czasu mi to zajmie. Poza tym było dość późno (około 18:00) i miałem również na uwadze interes całej naszej grupki. Zdawałem sobie bowiem sprawę, z tego że moi koledzy mieli do pokonania podjazd o podobnej wielkości i to po lepszej nawierzchni. Dodatkowo zakładałem, że szybciej ode mnie zjadą ze swej góry, nie poświęcając zbyt wiele czasu na robienie zdjęć. A poza tym musiałem jeszcze pamiętać o tym, że dobry kwadrans zmarnowałem w okolicy Aime na poszukiwanie początku mego wzniesienia. Poprzestałem więc na przejechaniu w pionie około 1300 metrów. To było i tak więcej niż mogłem się spodziewać. Na stravie znalazłem segment o długości 17,4 kilometry obejmujący niemal cały mój podjazd, za wyjątkiem pierwszych kilkuset metrów. Pokonałem go w czasie 1h 25:27 (netto 1h 25:05) z avs. 12,2 km/h i VAM 833 m/h. Niewielu śmiałków wjechało tu równie wysoko. Na liście rankingowej zarejestrowało się dotychczas tylko 29 osób. Zdecydowanym liderem jest Warren Barguil, który 19 czerwca 2017 roku wykręcił tu czas 1h 06:21. Mój wynik jest na razie trzeci. Sześć dni po mnie przyjechał w te strony Dario i przejechał ten odcinek w 1h 31:46 (netto 1h 30:13) z avs. 11,4 km/h, co daje mu obecnie czwartą pozycję. Właśnie dzięki późniejszym zdjęciom i filmom Darka mogłem zobaczyć co straciłem. Mój starszy kolega w ostatnim dniu tej wyprawy nie wybrał się z nami w długą podróż do Haute Maurienne. Został bliżej domu by przejechać trasę Aime – Beaufort – Aime najkrótszym czyli wysokogórskim szlakiem. Tym samym zdobył Cormet d’Areches z obu stron. Aby tego dokonać musiał pokonać 79 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2783 metrów. Tymczasem ja 10 czerwca przejechałem 87 kilometrów, ale z amplitudą „tylko” 2556 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1030344688

http://veloviewer.com/activities/1030344688

ZDJĘCIA

20170610_061

FILMY

20170616_153623

20170616_190249

20170616_194629

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Cormet d’Areches / Plan Pichu została wyłączona

Tignes-le-Lac

Autor: admin o 10. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2088 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1191 metrów

Długość: 21,8 kilometra

Średnie nachylenie: 5,5 %

Maksymalne nachylenie: 9,9 %

PROFIL

SCENA

Początek za wioską Viclaire (Sabaudia). Na drodze D902, około 9 kilometrów na południowy-wschód od miasta Bourg-Saint-Maurice. Początkowo szlak do Tignes zbieżny jest z początkiem 38-kilometrowego podjazdu na najwyższą drogową przełęcz Francji czyli Col de l’Iseran (2770 m. n.p.m.). Istnieją dwie, obie nieco ponad 20-kilometrowe, wersje szosowej wspinaczki do owej stacji narciarskiej. Mają one wspólną pierwszą połowę jak i końcówkę. Za to trzecią kwartę tego wzniesienia można pokonać na dwa sposoby. W razie wyboru krótszej opcji należy trzymać się szosy D902 przez pierwsze 15 kilometrów, po czym skręcić na drogę D87a z początku wiodącą przez wielką zaporę na sztucznym Lac de Chevril. Tamę tą wybudowano w latach 1948-52. Ma ona 180 metrów wysokości i w momencie swego powstania była najwyższą w Europie. Podjeżdżając do Tignes można ją też ominąć. Wówczas trzeba zjechać z drogi na Val d’Isere po niespełna 12 kilometrach wybierając szosę D87b przez wioskę Les Brevieres. Oba szlaki łączą się ponownie w Tignes 1800, już po zachodniej stronie tamy, jakieś 4,5 kilometra przed finałem wspinaczki. W gminie Tignes mieszka obecnie niespełna 2600 stałych mieszkańców. Oczywiście w sezonie zimowym jest tu znacznie tłoczniej. Trzy z sześciu części tej miejscowości tzn. Le Levachet, Tignes-le-Lac i Val Claret leżą na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. Tignes jest słynną stacją narciarską, która wespół z pobliską Val d’Isere tworzy ośrodek narciarski Espace Killy. Tenże za swego patrona ma Jeana-Claude’a Killy czyli trzykrotnego mistrza olimpijskiego z Grenoble (1968) i zwycięzcę dwóch pierwszych edycji alpejskiego Pucharu Świata. W samym Tignes jest 150 kilometrów tras zjazdowych i 20 kilometrów tras biegowych. Szusować tu można przez cały rok dzięki bliskości lodowca Grand Motte (3653 m. n.p.m.). Podczas Igrzysk Olimpijskich w Albertville przeprowadzono w tej stacji wszystkie zawody narciarstwa w stylu wolnym (jazda po muldach, skoki akrobatyczne i tańce).

Tour de France zawitał do Tignes tylko raz. Niewiele brakowało by ósmy etap z roku 2007 rozstrzygnął o losach 94. edycji „Wielkiej Pętli”. Po śmiałym rajdzie zainicjowanym już na Cormet de Roselend odcinek ten ze sporą przewagą wygrał Michael Rasmussen. Ten były specjalista od MTB do mety dotarł z przewagą 2:47 nad Baskiem Ibanem Mayo i 3:12 nad Hiszpanem Alejandro Valverde, który przyprowadził grupkę faworytów. Dzięki temu zwycięstwu Duńczyk został liderem Touru i skutecznie bronił żółtego trykotu przez kolejne osiem dni. Gdy na ostatnim z pirenejskich etapów przed metą na Col d’Aubisque ponownie zgubił wszystkich swych rywali wydawało się, że „Kurczak” już wygrał ten wyścig. Wkrótce jednak z niego wyleciał w atmosferze skandalu. Został wycofany przez swą ekipę (holenderski Rabobank), gdy okazało się że przed TdF unikał poza-wyścigowych kontroli antydopingowych. W ubiegłym roku do Tignes zajechał też młody Tour czyli Tour de l’Avenir. Zakończył się tu szósty etap tej imprezy. Wygrał go Francuz David Gaudu, który o kilkanaście sekund wyprzedził Włocha Edwarda Ravasiego i Belga Harma Vanhoucke. O ile kolarskie wyścigi z rzadka zbaczają na prowadzącą do Tignes drogę D87a, o tyle na szosie D902 bywały częściej. Wystarczy tylko powiedzieć, że niebotyczna przełęcz Iseran już siedem razy znalazła się na trasie Tour de France. Co prawda na odcinku między Bourg-Saint-Maurice a Val d’Isere częściej jechano w dół niż pod górę, niemniej pokrewny naszemu południowy kierunek jazdy obrano akurat przy dwóch ostatnich okazjach czyli w latach 1992 i 2007. Poza tym w 1996 roku na trasie z Bourg-Saint-Maurice do Val d’Isere rozegrano 30-kilometrową górską czasówkę, którą wygrał Rosjanin Jewgienij Bierzin. Z kolei dwa miesiące po naszej wizycie w tych stronach przedostatni etap Touru Przyszłości zakończył się na wzniesieniu ponad Saint-Foy-Tarentaise. To znaczy nieopodal miejscowości leżącej na trasie naszego sobotniego podjazdu. Podobnie jak wcześniejszy odcinek do Les Saisies wygrał go Kolumbijczyk Egan Bernal.

AKCJA

W sobotę czekała nas wycieczka na wschód. Wybraliśmy się we czwórkę, bowiem Piotr wolał się tego dnia zregenerować po ciężkiej, trzygodzinnej walce z gigantem o imieniu Val Thorens. Dojazd do podnóża pierwszego wzniesienia liczył sobie 43 kilometry. Po zjeździe do Aigueblanche mieliśmy do pokonania dłuższy odcinek na krajowej N90, która tuż przed Bourg-Saint-Maurice zmieniła się w regionalną D1090. Po tej drodze dojechaliśmy z kolei do Seez, miasteczka leżącego u podnóża podjazdu na Col du Petit-Saint-Bernard. Ostatnie kilometry owego transferu prowadziły już po D902, na której to mieliśmy zacząć podjazd do Tignes-le-Lac. Zaparkowaliśmy w zacienionej okolicy, kilkaset metrów za wioską Viclaire. Z tego miejsca na końcu długiej prostej widać było pierwsze metry wzniesienia. Ruszyliśmy razem kilka minut przed dwunastą. Na szosie D902 spędzić mieliśmy tylko 12 kilometrów. Wybrałem wariant podjazdu przez Les Brevieres, by dzięki temu poznać jak najwięcej nowego dla siebie terenu. W 2005 roku przejechałem po D902 cały odcinek aż po przełęcz Iseran. Następnie w 2013 roku zjeżdżałem tą szosą w trakcie 11 etapu naszej Route des Grandes Alpes. Teraz zamiast udeptywać stare ścieżki wolałem zjechać z ruchliwej drogi na Iseran, na tyle szybko na ile tylko było to możliwe. Zaczęliśmy spokojnie. Od początku podjazdu czułem się dobrze. Pasowało mi umiarkowane nachylenie tego wzniesienia. Miałem ochotę na nieco szybszą jazdę, ale moi koledzy byli z początku nieco rozleniwieni piękną pogodą. Nie chcąc samemu gnać przed siebie, co jakiś czas zwalniałem i dobrowolnie wracałem do grupy. Po przejechaniu 3 kilometrów, w tym pierwszych dwóch wiraży byliśmy już w Sainte-Foy-Tarentaise. Następną miejscowością na tym szlaku jest La Thuile, którą to minęliśmy w połowie szóstego kilometra wspinaczki.

Po skończeniu siódmego kilometra podjazd stał się wyraźnie łatwiejszy. Do tego momentu średnie nachylenie wahało się na poziomie od 5 do 8,5%, przy maksimum 9%. Na kolejnym odcinku o długości 5,5 kilometra normą stało się już nachylenie od 2 do 6% (przy max. 7,5%). Z kolei pierwsze dwa kilometry po zjeździe z D902 czyli sam dojazd do Tignes-Les Brevieres (14,2 km) był zupełnie płaski. Schody zaczęły się niespełna 8 kilometrów przed finałem, po przejechaniu na lewy brzeg Izery. Zaczęliśmy się wspinać w kierunku Les Boisses i Tignes 1800 krętym szlakiem z siedmioma serpentynami, który to przecinała linia kolejki krzesełkowej. Na tym 3-kilometrowym odcinku stromizna nie rzadko podchodziła pod 10%, acz nie przebiła tego poziomu. Jeszcze przed końcem piętnastego kilometra zaczęliśmy się dzielić. Dario został wyraźnie w tyle. Potem na mecie narzekał na ból kolana i pomstował, że nie wybrałem bardziej regularnego podjazdu z przejazdem przez zaporę. Tomek trzymał się bliżej mnie i Romka, lecz też zaczął powoli zaczął odstawać. Postanowiłem pojechać nieco mocniej już do samego końca. Po pokonaniu 17,7 kilometra dotarliśmy do ronda na drodze D87a. Tu trzeba było skręcić w prawo. Wkrótce zostawiliśmy za sobą Tignes 1800. Znikło nam ono z oczu po przejechaniu kolejnych dwóch wiraży wyciętych w białej skale. Na dziewiętnastym i dwudziestym kilometrze mogliśmy zerkać w lewo na błękitne wody Lac Chevril, które przed 65 laty zalało starą wieś Tignes. Jadąc prawą stroną drogi po 19,9 kilometra od startu wjechaliśmy na chwilę w mrok kamiennej galerii Tunnel du Glattier.  W końcu po przejechaniu 20,3 kilometra ujrzeliśmy przed sobą zabudowania górnego Tignes. Po lewej stronie dzielnica Le Levachet. Po prawej, a w zasadzie u kresu naszej drogi Tignes-le-Lac.

Do samego końca jechaliśmy we dwóch. Nikt nie zdobył się na zaskakujący atak. Mając w nogach równo 22 kilometry pojawiliśmy się w centrum stacji. To znaczy w miejscu, gdzie nieco później Darek zrobił nam pamiątkowe zdjęcie. Odpuściliśmy sobie jazdę na wprost przez krótki tunel i dalej płaskowyżem do Val Claret. Zamiast tego odbiliśmy w lewo i zakończyliśmy wspinaczkę po przejechaniu 22,2 kilometra (w czasie 1h 31:25) na Promenade du Toviere. Weszliśmy na drewniany pomost przy jednym z hoteli i podziwiając piękno okolicy czekaliśmy na przyjazd Darka i Tomka. Pogoda w Tignes była wyborna. Słońce mocno przygrzewało. Mimo sporej wysokości bezwzględnej było tu gorąco. Dość powiedzieć, że na mecie licznik pokazał mi 29 stopni, zaś w trakcie jazdy max. 32! Na stravie znalazłem kilka dłuższych segmentów. Najciekawsze wydają mi się dwa. Odcinek 8,6 kilometra pomiędzy Sainte-Foy-Tarentaise a zjazdem z szosy D902 przejechaliśmy wszyscy w 37:04 (avs. 14,1 km/h). Z kolei finałowe 7,5 kilometra od wyjazdu z Les Brevieres do Tignes-les-Lac Romek i ja pokonaliśmy w 33:13 (avs. 13,6 km/h). Tommy stracił na tej końcówce około 1:40, zaś Dario przeszło 8 minut. Z miejscówki pod hotelem mieliśmy widok na rozmaite atrakcje turystyczne stacji, w tym na wysokogórskie korty tenisowe. W ich tle za niewielkim Lac de Tignes dobrze widoczne były strzeliste budynki Val Claret. Na górze zabawiłem aż 40 minut. Podczas zjazdu było wiele powodów ku temu by choć na chwilę się zatrzymać. Oczywiście obowiązkowym punktem tej części naszego programu stała się dłuższa wizyta na Barrage du Chevril. Gdy już sobie tę zaporę dokładnie obejrzeliśmy ja zawróciłem w kierunku Tignes 1800, aby zjechać do Viclaire po trasie podjazdu. Natomiast moi trzej kompani wybrali sobie 15-kilometrowy zjazd szosą D902.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1030344681

http://veloviewer.com/activities/1030344681

ZDJĘCIA

20170610_001

FILMY

20170610_134613

20170610_140206

20170610_141428

20170610_143123

20170610_144023

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Tignes-le-Lac została wyłączona

Col du Pradier

Autor: admin o 9. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1688 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1210 metrów

Długość: 16,2 kilometra

Średnie nachylenie: 7,5 %

Maksymalne nachylenie: 16,2 %

PROFIL

SCENA

Początek podjazdu w Moutiers (Sabaudia). Niemniej kierunek jazdy przeciwny względem wypraw na najbardziej znane wzniesienia w tym rejonie. Wszystkie okoliczne stacje narciarskie, w tym te najsłynniejsze z obszaru Les Trois-Valles wybudowano na południe od tego miasta. Stało się tak rzecz jasna z przyczyn naturalnych, jako że owe zbocza górskie skierowane są na północ co gwarantuje lepsze warunki śniegowe. W ślad za powstającymi ośrodkami sportów zimowych wybudowano asfaltowe drogi by ku stokom narciarskim dojechać mogli amatorzy „białego szaleństwa”. Niemniej od późnej wiosny do wczesnej jesieni te górskie szlaki stają się nie lada gratką dla cykloturystów. Przy odpowiednim zastrzyku gotówki ze strony właścicieli wspomnianych ośrodków i dobrej woli organizatorów kolarskich wyścigów ścigać się na nich mogą również zawodowcy. Tereny po północnej stronie Vallee de Tarentaise nie są aż tak atrakcyjne pod względem sportowym. Tutejsze zbocza górskie będąc wystawione na południe są bardziej nasłonecznione. Tu krajobraz jak i rytm życia mieszkańców przez ostatnie kilkadziesiąt lat nie zmienił się tak dramatycznie jak po przeciwległej stronie doliny. Miejscowe szczyty górskie są niższe od tych w masywie Vanoise, swą wysokością dorównują naszym Tatrom. Z racji braku ośrodków narciarskich nie było tu potrzeby budowania szerokich szos dojazdowych. Infrastruktura drogowa jest uboższa i służy zapewnieniu łączności z górskimi wioskami i osadami, względnie lokalnym rolnikom i pasterzom dla celów gospodarskich.

Niemniej i po tej stronie Izery nie brak kilku trudnych wyzwań dla kolarzy amatorów. W bezpośrednim sąsiedztwie Moutiers wskazać można dwa ciekawe podjazdy. Pierwszym jest wspinaczka z Aigueblanche na Croix de Sauget (1397 m. n.p.m.). Drugim wjazd z Moutiers na Col du Pradier (1688 m. n.p.m.). Ta druga zmusza do pokonania w pionie ponad 1000 metrów. Trzeba przy tym od razu zauważyć, iż sama przełęcz znajduje się na wysokości 1456 metrów n.p.m., acz asfaltowa droga wcale się na niej nie kończy. Szosa pnie się pod górę jeszcze przez kolejne 2,5 kilometra i dociera według „cyclingcols” do wysokości 1688 metrów n.p.m. Co więcej po niezłej jakości szutrze pojechać można jeszcze wyżej. To znaczy przynajmniej do gospodarstwa Chalets de la Faverges (1764 m. n.p.m.). Podjazd można zacząć w centrum Moutiers przy linii kolejowej lub na wschodnich obrzeżach tego miasta na styku krajowej drogi N90 i górskiej D85. Ta druga szosa pomimo licznych wiraży (w sumie jest ich 21 między startem a przełęczą) konsekwentnie prowadzi nas w kierunku północnym. Po drodze największą miejscowością jest Hautecour-La Basse mijane po 5 kilometrach wspinaczki. Poniżej jej mamy Plan Villard, zaś powyżej kolejno: Gregny, Les Moulins i Le Breuil. Natomiast ostatnią ludzką osadą na tym szlaku jest Pradier (11,3 km). Jak widać na załączonym obrazku pierwsza połowa wzniesienia jest wymagająca, bowiem trzyma na średnim poziomie 7,5%. Potem mamy łatwiejszy fragment z umiarkowanym nachyleniem. To znaczy niespełna 2,5 kilometra między stawem w Les Moulins i odbiciem ku wiosce Le Villard. Zdecydowanie najtrudniejsza jest ostatnia tercja podjazdu czyli odcinek 5,5 kilometra o średniej 8,9%. Jednak maksymalne wskazanie licznika wydaje mi się nieco przesadzone.

AKCJA

Z Meribel do miejsca naszego postoju zjechałem tuż przed wpół do trzecią. Zakładałem, że przyjdzie mi trochę czekać na zdobywców Courchevel, bowiem mieli do pokonania nieco dłuższy podjazd. Tym niemniej na Romka czekałem tylko dwadzieścia minut. Już wcześniej uzgodniłem z nim, że jako swą drugą piątkową górę pojedziemy Col du Pradier. Darek wolał pozostać w rejonie Trzech Dolin aby zaliczyć wspinaczkę do Meribel-Mottaret. Do Brides-les-Bains zjechał kwadrans po trzeciej. W tym momencie my od kilku minut byliśmy już w drodze do Moutiers. Mieliśmy do pokonania 7-kilometrowy odcinek, na ogół po płaskim terenie, acz z półtorakilometrowym zjazdem w środkowej części. Po niespełna kwadransie jazdy dotarliśmy do miasta i zaczęliśmy się rozglądać za miejscem, z którego moglibyśmy rozpocząć podjazd na Col du Pradier. Po chwilowej dezorientacji ruszyliśmy w głąb Avenue du Pre de Foire ku linii kolejowej Tarentaise. Szosa zaczęła się nieśmiało wznosić po przejeździe przez tory. Przez te pierwsze kilkaset metrów jechaliśmy po Rue du General de Gaulle. Przejechawszy 500 metrów ulica ta dobiła do drogi D85, znanej tu jako Route de Hautecour. Z pierwszych serpentyn wzniesienia mieliśmy ładny widok na pozostawione w dole Moutiers. Jechaliśmy spokojnie, gdyż podjazdy pod Meribel czy Courchevel zabrały nam już sporo energii. Tymczasem upał zdawał się nasilać. Na starcie wspinaczki licznik pokazał mi 30 stopni, zaś na jej drugim kilometrze nawet 33! Ot taki urok przebywania na południowym zboczu góry.

Po przejechaniu 5 kilometrów dotarliśmy do Hautecour. Na poboczu drogi zauważyliśmy znak drogowy zapowiadający wyścig kolarski w niedzielę 18 czerwca. Gdy sprawdziłem tą informację okazało się, że będzie to ostatni (piąty) etap Le Tour de Savoie du Mont Blanc. Tego dnia kolarze mieli się ścigać wokół Moutiers na 94-kilometrowej trasie z czterema podjazdami. Przez Hautecour mieli jedynie przemknąć w trakcie zjazdu z trzeciej premii górskiej. Tym niemniej jestem zdania, iż podjazd drogą D85 można by wykorzystać w roli przelotowej premii również na bardziej prestiżowych wyścigach. Wjazd z Moutiers do wioski Le Villard ma 10,5 km długości i przeszło 750 metrów przewyższenia. Na drugą stronę zjechać można przez Montgirod i Centron do drogi N90 w górnej części doliny Tarentaise. Wzniesienie to mogłoby być ciekawym łącznikiem pomiędzy zjazdem z Col de la Madeleine a czterokrotnie już wypróbowanym w TdF podjazdem do stacji La Plagne. Powyżej Hautecour wciąż jechaliśmy zgodnie, w tempie nieco ponad 13 km/h. Na początku dziewiątego kilometra odbiliśmy w lewo przy stawie za Les Moulins. Następnie przejechaliśmy przez wioskę Le Breuil z kościółkiem strzeżonym przez postać olbrzyma. W połowie jedenastego kilometra dojechaliśmy do rozjazdu, gdzie powinniśmy byli raz jeszcze skręcić w lewo. Pojechaliśmy jednak prosto ku Le Villard, a nawet jeszcze dalej. Z każdą minutą coraz bardziej wątpiąc czy to właściwy szlak. Zawróciliśmy po przejechaniu przeszło kilometra poza trasą naszej wspinaczki. W sumie przez tą pomyłkę nadrobiliśmy 2200 metrów, tracąc przy okazji siedem minut. Gdy tylko wróciliśmy na właściwą drogę zaczęła się najtrudniejsza faza podjazdu. Na pierwszych dwóch kilometrach trzeciej tercji wzniesienia stromizna bardzo chętnie przekraczała poziom 10%. W tym czasie minęliśmy osadę Pradier.

Nieco łatwiej zrobiło się dopiero po wjeździe do lasu czyli po przejechaniu 14,8 kilometra, choć de facto było to 12,6 km od Moutiers. Szczęśliwie temperatura powietrza stopniowo spadła do akceptowalnego dla nas poziomu. Już w okolicy Le Villard było 22 stopni, zaś u kresu wspinaczki tylko 18. Zanim dotarliśmy do końca asfaltu musieliśmy jeszcze przejechać leśny odcinek długości niemal 3 kilometrów. W pobliżu właściwej Col du Pradier czyli na wysokości 1400-1450 metrów n.p.m. nawierzchnia była nawet z lekka gruntowa. Na skutek intensywnej pracy leśników asfalt został przykryty cienką warstwą piachu i wszelkich leśnych naleciałości. W samej końcówce minęliśmy nasłonecznioną polanę, lecz spodziewana meta u kresu utwardzonej drogi wypadła nam w zacienionej okolicy. Zatrzymaliśmy się po przejechaniu 18,4 kilometra w czasie netto 1h 23:39. Na skutek naszego błędu w nawigacji nie zapisaliśmy się na segmencie obejmującym całe wzniesienie. Z ciekawszych sektorów zwróciłem uwagę na dwa. Pierwszy to odcinek 9,8 kilometra na dojeździe do Le Villard, który pokonaliśmy w 44:02 (avs. 13,4 km/h i VAM 928 m/h). Drugi to finałowe 5,5 kilometra przejechane w 29:54 (avs. 11,1 km/h i VAM 952 m/h). Problem ze zdjęciami miałem rzecz jasna ten sam co na Meribel. Na szczęście sześć dni później czyli w przedostatnim dniu wyprawy na Col du Pradier zawitał Dario. Nasz kolega na świeżości wjechał tu zarówno szybciej jak i wyżej. Dotarł na wysokość około 1820 metrów n.p.m., zaś stromą asfaltową końcówkę pokonał w 28:12 (avs. 11,7 km/h i VAM 1004 m/h). Tymczasem my po zjeździe do Moutiers postanowiliśmy wrócić do bazy rowerami. Dodaliśmy sobie w ten sposób około 7 kilometrów dystansu. Na dobicie za Aigueblanche czekał nas 3,5-kilometrowy podjazd do Les Emptes drogą D95. Dla mnie był to najdłuższy i najtrudniejszy dzień ze wszystkich szesnastu na szosach Sabaudii. Przejechałem bowiem 92 kilometry z łącznym przewyższeniem 2860 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1028642216

http://veloviewer.com/activities/1028642216

ZDJĘCIA

20170609_051

FILMY

20170615_125702

20170615_140519

20170615_142715

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Pradier została wyłączona

Meribel-Mottaret

Autor: admin o 9. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1788 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1193 metrów

Długość: 18,9 kilometra

Średnie nachylenie: 6,3 %

Maksymalne nachylenie: 9,2 %

PROFIL

SCENA

Podjazd zaczyna się w Moutiers (Sabaudia). To miasto mające 3700 mieszkańców, położone 28 kilometrów na południowy-wschód od Albertville. Leży ono w środkowej części doliny Tarentaise, nad rzeką Izerą. Chcąc uniknąć nieciekawego wstępu do tej wspinaczki (tak z uwagi na małe nachylenie jak i duży ruch samochodowy) można wystartować z okolic miejscowości Brides-les-Bains. Najlepiej z miejsca na styku dróg D915 i D90f lub też nieco wyżej na samym początku szosy D90. Meribel leży w samym sercu narciarskiego raju czyli Les Trois-Valles. Owe Trzy Doliny to największy teren narciarski we Francji, a może i na całym świecie. W jego skład wchodzi siedem ośrodków sportów zimowych wybudowanych w dolinach: Belleville (zachodnia), Allues (środkowa) i Saint-Bon (wschodnia). Cały ten teren przemierzyć można na nartach bądź kolejkami górskimi. Znajduje się tu aż 335 tras zjazdowych o łącznej długości 600 kilometrów. Mamy tu też 120 kilometrów tras biegowych. Wszystko to jest obsługiwane przez 183 wyciągi zdolne przewieźć 260.000 narciarzy na godzinę! Co więcej za sprawą najdłuższej linii gondolowej na świecie Trzy Doliny połączone są nawet ze stacją Orelle w dolinie Maurienne, znajdującej się po przeciwnej stronie masywu Vanoise. Meribel jest najstarszym ośrodkiem narciarskim w całym tym rejonie. Założony on został w 1939 roku. Dziś składa się z pięciu części tzn. Les Allues, Village, Centre, Les Hauts i Mottaret położonych wzdłuż drogi D90 na wysokościach od 1100 do 1750 metrów n.p.m. Podobnie jak pobliskie Courchevel ma ono własne mini-lotnisko czyli altiport. W trakcie Igrzysk Olimpijskich z 1992 roku rozegrano tu turniej hokejowy oraz wszystkie konkurencje narciarstwa alpejskiego kobiet.

Jak przystało na najstarszą stację w tej okolicy Meribel jako pierwsza z okolicznych miejscowości ugościła Tour de France. Dopiero w późniejszych latach przyszła pora na „młodsze sąsiadki” tzn. Les Menuires (1979), Val Thorens (1994) czy najbardziej lubianą przez organizatorów TdF Courchevel (1997, 2000 i 2005). Otóż w Mottaret, na wysokości około 1750 metrów n.p.m. skończył się etap 7b „Wielkiej Pętli” z roku 1973. Wygrał go Bernard Thevenet. Francuz z ekipy Peugeot-BP nieznacznie wyprzedził tu czwórkę rywali tzn. Joop’a Zoetemelka o 8, Jose-Manuela Fuente o 10, Luciena Van Impe o 12 i liderującego w tym wyścigu Hiszpana Luisa Ocanę o 15 sekund. Ten niezbyt trudny odcinek był jednak tylko przystawką do masakrycznie trudnego etapu ósmego z Moutiers do Les Orres o długości 237,5 km i 6400 metrach przewyższenia, na którym Ocana zmiażdżył wszystkich swych rywali poza Fuente. W czasach nam bliższych na podjazd do Meribel zajrzało Criterium du Dauphine. Przedostatni etap „Delfinatu” z roku 2016 skończył się w tych stronach, lecz na poziomie 1454 metrów n.p.m. czyli w Meribel-Les-Allues (Centre). Przejechano wówczas tylko 12 z 19 kilometrów całej wspinaczki. Z sukcesu swych kolarzy cieszyli się gospodarze. Na ostatnich metrach o zwycięstwo etapowe rywalizowali bowiem jedynie Thibout Pinot i Romain Bardet. Wygrał lider grupy FdJ. Obaj Francuzi przyjechali zaś na metę z przewagą nieco ponad minuty nad rozciągniętą grupką asów, z której najszybciej finiszował Irlandczyk Dan Martin.

AKCJA

W drugi piątek czerwca rozpoczęliśmy rozpisane na trzy dni zwiedzanie górskich atrakcji Vallee de la Tarentaise. Zaproponowałem by tą sekcję wyprawy rozpocząć od krótkiej wycieczki w rejon Moutiers. Na południe od tego miasta mieliśmy do wyboru aż trzy górskie doliny z podjazdami wypróbowanymi na trasach Tour de France. Na zachodzie bardzo długą Belleville z finałem w stacji narciarskiej Val Thorens (2318 m. n.p.m), po przejechaniu 37,5 km o średnim nachyleniu 4,9%. W środku Les Allues z najwyższym punktem w Meribel-Mottaret (1788 m. n.p.m.) po przebyciu 18,9 kilometra z przeciętną 6,3%. Natomiast na wschodzie Saint-Bon kończącą się w Courchevel (2006 m. n.p.m.) po pokonaniu 21,5 kilometra ze średnią 6,7%. Jako ludzie ambitni i zarazem ciekawi nowych wrażeń postanowiliśmy powalczyć na wszystkich trzech frontach wedle zasady „każdemu wedle potrzeb”. Piotr i Tomek byli w tych stronach po raz pierwszy, więc za moją namową wszystkie swe siły rzucili na największe z tutejszych wzniesień. Wybrali Val Thorens czyli podjazd, na którym w 1994 roku triumfował filigranowy Kolumbijczyk Nelson „Cacaito” Rodriguez. Z kolei Darek i Romek dotarli już niegdyś do kresu Vallee des Belleville. Dlatego ich pierwszym celem na piątek stało się Courchevel. Meta w której zwyciężali na TdF: Richard Virenque (1997), Marco Pantani (2000) i Alejandro Valverde (2005). Ja zaś miałem na rozkładzie tak Val Thorens zdobyte w 2009 jak i Courchevel przejechane w 2005 roku (na kilka godzin przed przybyciem Touru). Tym samym w ramach kompletowania kolarskich skarbów Les Trois-Valles zostało mi do „zaliczenia” tylko Meribel-Mottaret.

Dojazd z Les Emptes do Moutiers był ledwie 7-kilometrowy. Tu zrobiliśmy sobie pierwszy przystanek, na którym wysiedli Piotr i Tomek. Pozostawili wypożyczone Renault na wylocie z miasta, po czym o godzinie 11:09 ruszyli w górę drogi D117 na swój najdłuższy w życiu podjazd. Nasza pozostała trójka wsiadła do Fiata i pojechała do Brides-les-Bains. Po kilku kilometrach byliśmy już w tej niewielkiej miejscowości liczącej sobie nieco ponad 500 mieszkańców. Przejechaliśmy ją niemal całą z zachodu na wschód i zatrzymaliśmy się w uliczce Allee de Moulins nieopodal potoku Le Doron du Bozel. Z tego miejsca około kwadrans przed dwunastą wyruszyliśmy ku swym celom. Moi koledzy niemal od razu zaczęli się wspinać do Courchevel. Szybko wjechali na ruchliwą szosę D915, zaś po czterech kilometrach odbili w prawo na górską drogę D91a. Ja natomiast zawróciłem na zachód, przejechałem całe miasteczko i jadąc dalej z wolna po płaskiej Rue Aristide Briand dotarłem do D915 w niższym jej punkcie. W zasadzie już pierwsze metry na tej szerokiej szosie okazały się dość wymagające. Jechałem przed siebie wypatrując znaków zapowiadających pojawienie się drogi D90. Gdy dojrzałem przed sobą wysoko zawieszoną tablice z napisem spodziewanej treści zatrzymałem się na chwilę, strzeliłem jedno zdjęcie i włączyłem licznik. Niespełna 200 metrów byłem już na cichszej „90-tce”, która miała mnie doprowadzić do Mottaret.

Muszę powiedzieć, że pierwsze kilometry tego podjazdu okazały się nieco trudniejsze niż się spodziewałem. Na profilu tego wzniesienia ściągniętym z „archivio salite” dominuje kolor niebieski, odpowiadający nachyleniu od 4 do 7%. Tymczasem w rzeczywistości na pierwszych ośmiu kilometrach tej wspinaczki chwilowa stromizna bardzo często przekraczała poziom 8 czy nawet 9%, zaś średnie nachylenie wyniosło 7,3%. Poza tym było tu gorąco. Licznik pokazywał temperaturę w przedziale od 26 do 29 stopni. Pobocze drogi było zalesione, ale nie wszędzie można było skorzystać z cienia. Po przejechaniu 6,5 kilometra dojechałem do pierwszej miejscowości na tym szlaku czyli Les Allues. Powyżej niej teren był już bardziej odsłonięty, więc tym mocniej byłem wystawiony na promienie słońca. Następnie minąłem Le Raffort (9,6 km), zaś na rondzie z rzeźbą leżącego konia (10,4 km) musiałem skręcić w prawo chcąc pozostać na drodze D90. Jazda na wprost zaprowadziłaby mnie do położonego nieco na uboczu Meribel-Village, które to szosą D98 połączone jest ze stacją La Tania i dolnym fragmentem podjazdu do Courchevel. W połowie dwunastego kilometra byłem już w centrum Meribel-les-Allues czyli w głównej części całego ośrodka narciarskiego. Jak wynika ze stravy segment o długości 11,3 kilometra z przewyższeniem 775 metrów przejechałem w 48:04 (avs. 14,7 km/h i VAM 967 m/h). Jako ciekawostkę dodam, że „spółka” Pinot & Bardet podczas wspomnianego Criterium du Dauphine z roku 2016 pokonała ten odcinek w czasie 30:30 przy średniej prędkości 22,2 km/h.

Na początku trzynastego kilometra trafiła się chwila zjazdu i kilkaset metrów płaskiego terenu. Na tym szybkim odcinku minąłem miejscowy Park Olimpijski. Kolejna faza wspinaczki zaczęła się po przejechaniu 12,8 km, gdy tylko wyjechałem z około 300-metrowego tunelu. Do Mottaret miałem stąd jeszcze 3,5 kilometra. Na tym górnym odcinku trzymałem swój rytm jazdy, gdyż przejechałem go ze średnią prędkością 15 km/h. W końcu po przejechaniu 16,3 kilometra dotarłem do ronda, z którego wychodziły dwie drogi. Pokręciłem się chwilę i ruszyłem prosto czyli na południe po Route de Chatelet. Ujechałem nią 1100 metrów i zatrzymałem się, gdy tylko zobaczyłem przed sobą robotników drogowych z ciężkim sprzętem. Następnie zjechałem do ronda i skręciłem na most by przez okazałą bramę wjechać do głównej części Meribel-Mottaret. Tak powinienem był zrobić od razu. Za bramą przejechałem jeszcze 2200 metrów po Route de Laitalet i ostatecznie zatrzymałem się po przejechaniu 20,7 km na skraju asfaltu na dużym parkingu przed kompleksem Le Creux d L’Ours. Na stravie najdłuższy segment z tego wzniesienia liczy 16 kilometrów z przewyższeniem 987 metrów czyli cały odcinek na drodze D90. Przejechałem go w czasie 1h 04:30 (avs. 14,9 km/h i VAM 918 m/h). Co ciekawe 15 dni później wybrał się tu również Warren Barguil. Przyszły „Król Gór” TdF 2017 i zwycięzca etapowy z Foix i Col d’Izoard nie przemęczał się w Meribel, 24 czerwca na tym samym odcinku spędził tylko 7 minut mniej niż ja.

Na szczycie pojawił się pewien problem. Otóż pożyczony od Tomka Przechlewskiego aparat Sony DCS-Rx100 „odmówił posługi”. Szkolny błąd użytkownika, zapomniałem go poprzedniej nocy naładować. Z przymusu ratowałem się przeciętnej jakości fotkami ze swego smartfona LG F60. Na szczęście tego samego dnia, niespełna cztery godziny po mnie na tą samą górę ruszył Darek. Dzięki temu przy tworzeniu niniejszego wpisu mogłem skorzystać nie tylko z jego filmów, ale też zdjęć. Wracając jeszcze do moich kolegów. Podglądając ich poczynania na stravie wiem, iż Dario & Romano pokonali Courchevel w czasie około 1 godziny i 52 minut. Natomiast cierpiący Pedro i altruistyczny Tommy uporali się z Val Thorens w czasie niespełna 3 godzin. Wynika z tego, że choć jako ostatni w naszym gronie rozpocząłem wspinaczkę to zarazem pierwszy byłem po swej robocie. W tym przypadku sprawdziła się biblijne motto „ostatni będą pierwszymi”, choć cudów żadnych nie dokonałem. Po prostu miałem najłatwiejsze zadanie do wykonania. Musiałem pokonać w pionie niespełna 1200 metrów. Darek z Romkiem ponad 1400. Natomiast Piotr z Tomkiem aż 1836 netto, zaś brutto nawet 1993! W każdym razie nasz zbiorowy wyczyn można podsumować hasłem iście reklamowym „Trzy Doliny w trzy godziny”.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1028642246

http://veloviewer.com/activities/1028642246

ZDJĘCIA

20170609_001

FILMY

20170609_172332

20170609_173807

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Meribel-Mottaret została wyłączona

Col des Saisies

Autor: admin o 8. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1656 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 956 metrów

Długość: 15,2 kilometra

Średnie nachylenie: 6,3 %

Maksymalne nachylenie: 13,2 %

PROFIL

SCENA

Początek podjazdu na styku dróg D925 i D218b w pobliżu hotelu La Cascade. To miejsce znajduje się ledwie półtora kilometra na wschód od Villard-sur-Doron. „Cyclingcols” wymienia aż pięć opcji wjazdu na Col des Saisies, z czego trzy północno-zachodnie zaczynają się w dolinie rzeki L’Arly. Opcja wspinaczki wybrana przeze mnie została na tej stronie nazwana drogą południową, w odróżnieniu od wschodniej rozpoczynającej się w pobliskim Beaufort. Podjazd południowy w całości prowadzi po drodze D218b i łączy się ze wschodnim na wysokości 1220 metrów. To znaczy z naszej perspektywy w połowie dziewiątego kilometra, na końcu przeszło 400-metrowego zjazdu. To nieznaczne obniżenie terenu dzieli ten podjazd na dwie części. Dolna biegnie głównie w zalesionym terenie przy średnim nachyleniu od 5,5 do 7% i max. 8,9%. Górna faza wspinaczki prowadzi w przeważającej mierze wśród górskich łąk i jest nieco trudniejsza. Nachylenie poszczególnych kilometrów trzyma tu na poziomie od 6 do 8,5%, za wyjątkiem ostatniego kilometra, gdzie stromizna stopniowo zanika na ostatnich 500 metrach. Na ostatnich sześciu kilometrach tej wspinaczki nie brak dwucyfrowych wskazań licznikowego altimetra. Za najtrudniejszy uznać trzeba kilometr dwunasty, gdzie stromizna w dwóch momentach przekracza nawet pułap 13%. Finał podjazdu znajduje się na terenie stacji narciarskiej Les Saisies. Miejscowość ta dysponuje 192 kilometrami tras zjazdowych. Urodził się w niej Franck Picard, mistrz olimpijski w supergigancie z Calgary-1988. Tym niemniej bardziej znana jest jako ośrodek narciarstwa klasycznego. Ma trasy biegowe o łącznej długości 120 kilometrów i co godne podkreślenia w trakcie Igrzysk Olimpijskich w Albertville to właśnie tu rozgrywano wszelkie biegi narciarskie oraz konkurencje biathlonowe.

Przełęcz Col des Saisies już 11 razy wystąpiła w roli górskiej premii na trasach Tour de France. Po raz pierwszy w 1979 roku, gdy wraz ze swą sąsiadką Cormet de Roselend zadebiutowała w trakcie etapu prowadzącego do stacji Les Menuires ponad Moutiers. Zarówno na przełęczy Saisies jak i Roselend jako pierwszy zameldował się wówczas Holender Henk Lubberding, acz do mety tego górskiego odcinka dojechał  kilkanaście minut po triumfującym Belgu Lucienie Van Impe. Saisies i Roselend często towarzyszą sobie w programie „Wielkiej Pętli”. Już siedmiokrotnie przejeżdżane były na tym samym etapie. Po raz ostatni w roku 2009 na trasie do Le Grand-Bornand, gdy na przełęczy Saisies najszybciej pojawił się Norweg Thor Hushovd. W międzyczasie premie górskie na Col des Saisies wygrywali m.in.  Hiszpan Pedro Delgado (1984) oraz Włosi: Claudio Chiappucci (1992) i Marco Pantani (2000). „Il Diablo” z zespołu Carrera rozpoczął tu swój wielokilometrowy rajd po zwycięstwo w Sestriere. Z kolei „Il Pirata” z Mercatone Uno uciekał przed peletonem prowadzonym przez US Postal w służbie Lance’a Armstronga. Po raz ostatni peleton TdF przejechał przez Les Saisies w 2016 roku. W zasadzie przemknął tylko, bo działo się to na zjeździe z Montee de Bisanne do Flumet, więc przy tej okazji premii górskiej tu nie wyznaczano. O ile Tour de France bywał w Les Saisies jedynie przejazdem, o tyle jego „dziecko” czyli Tour de l’Avenir w ostatnich latach finiszowało tu aż dwukrotnie. W 2012 roku podjeżdżano do tej stacji od południowej strony. Skrócony za sprawą złej pogody etap wygrał Kazachstańczyk Aleksiej Łucenko, który niedługo później sięgnął po młodzieżowe złoto na MŚ w Valkenburgu. Natomiast w naszym 2017 roku do mety w Les Saisies zmierzano wschodnim szlakiem. Zdecydowanie najmocniejszy okazał się Kolumbijczyk Egan Bernal, który drugiego na mecie Brytyjczyka James’a Knoxa wyprzedził o minutę. Dzięki temu zwycięstwu zdobył koszulkę lidera TdA, zaś dwa dni później poszedł w ślady Quintany, Chavesa i Lopeza triumfując w „generalce” tej imprezy.

AKCJA

Po zjeździe z Signal de Bisanne do Villard-sur-Doron spotkaliśmy się na parkingu pod Intermarche. Potwierdziliśmy swe wcześniejsze plany na kolejne godziny. Pedro i Tommy mieli już wolne. Natomiast pozostała trójka miała wkrótce rzucić resztki sił na zdobycie Col des Saisies. Podjazd na tą przełęcz, choć minimalnie dłuższy od pierwszego z pewnością jest łatwiejszy od Bisanne. Tym niemniej do łatwych nie należy skoro na Tour de France ma status premii górskiej pierwszej kategorii. Dodatkowo tego dnia musieliśmy zmagać się z wysoką temperaturą. Na starcie do drugiego tego dnia górskiego odcinka mój licznik pokazywał aż 33 stopni. W trakcie owej wspinaczki upał niewiele zelżał, bowiem minimum wyniosło 27, zaś na samej przełęczy około godziny szesnastej zanotowałem 29 stopni. Darek potrzebował między górami przerwy niż 20 minut. Wolny czas chciał spożytkować na dłuższy pobyt w strefie bufetu. Dlatego też nie ruszyliśmy wszyscy trzej o jednej porze. Ja wraz z Romkiem wystartowałem już o 14:50, po tym jak na rowerach pokonaliśmy krótki odcinek w dolinie. Darek z Tomkiem podjechali do podnóża Col des Saisies samochodem i zatrzymali się w strefie piknikowej przed wioską La Pierre. Ostatecznie Dario ruszył pod górę o godzinie 15:20. W tym momencie Romek i ja byliśmy już niemal w połowie owej wspinaczki.

Sam podjazd zgodnie z oczekiwaniami nie był szczególnie trudny. Niemniej z uwagi na palące słońce nie forsowaliśmy tempa. W tych ciężkich warunkach łatwo można było się odwodnić. Na szczęście w dolnej części podjazdu nie brakowało okazji ku temu by schować się, choć na chwilę w cienie drzew pokrywające skraj szosy. Jechaliśmy zgodnie, acz z czasem dało się wyczuć, iż tym razem to Romek ma nieco większe problemy. Według stravy na dolnym segmencie o długości 7,7 kilometra i przewyższeniu 528 metrów byłem szybszy od kolegi o 14 sekund. Niemniej nie w głowie były mi śmiałe ucieczki, więc na krótkim zjeździe pozwoliłem się dojść. Na końcu tego szybkiego odcinka należało odbić w lewo, aby uniknąć dalszego zjazdu ku Hauteluce. Spadek o nachyleniu 5%, szybko przeszedł w stromą ściankę o nachyleniu ponad 12%. Tak gwałtowna zmiana terenu nieco zablokowała Romka i chcąc nie chcąc wkrótce znów sam jechałem ku przełęczy. Czułem się dość dobrze i mogłem trzymać równe, acz niezbyt szybkie tempo. W górnej połówce wzniesienia teren był już z reguły odsłonięty. Trasa prowadziła długi prostymi. Zresztą na całej tej górze wszystkie wiraże da się zliczyć na palcach obu rąk. Jest ich w sumie dziewięć, z czego sześć do półmetka i trzy powyżej. Minąłem wioskę czyli Les Culas (11,5 km), zaś na wjeździe do Les Saisies (13,9 km) dochodzącą z lewej strony Route du Mont Bisanne.

W samej końcówce zorientowałem się, że Romano odżył i chce mnie zaskoczyć śmiałym kontratakiem. Uznałem, że po dwóch „przegranych” na Joly i Bisanne mam prawo do małego rewanżu. Na wypłaszczonej końcówce przyśpieszyłem do 27 km/h i do mety dojechałem z przewagą 15 sekund. Według stravy cały podjazd o długości 15,2 kilometra i przewyższeniu 946 metrów przejechałem w 1h 05:48 (avs. 13,9 km/h i VAM tylko 863 m/h). Romek wjechał na przełęcz w 1h 06:03, zaś Dario uzyskał czas netto 1h 08:39. Co ciekawe aktualnym liderem na stravie jest nasz Michał Kwiatkowski, który dosłownie trzy dni później w początkowej fazie ósmego etapu Criterium du Dauphine przejechał południową Col des Saisies w 38:28. Czołówka peletonu gnała tu ze średnią prędkością blisko 24 km/h. Darka spotkaliśmy podjeżdżającego „na pełnych obrotach” w trakcie czwartego kilometra naszego zjazdu. Dlatego później nieco się dziwiłem jak długo musimy na niego z Tomkiem czekać w naszej miejscówce pod La Pierre. Okazało się, że Dario „zaginął” w słusznej sprawie. Wjechawszy do stacji, po krótkim postoju, znalazł sobie jeszcze coś na deser po dwóch czwartkowych daniach głównych. Wpadł bowiem na trop węższej, acz nadal asfaltowej Route des Cretes wiodącej z Les Saisies na wschód, ku wyżej położonej Col de la Lezette (1786 m. n.p.m.). Tym samym dodał sobie dwa kilometry wspinaczki i jakieś 130 metrów w pionie. Dzięki temu jako jedyny wśród nas zaliczył tego dnia dwa podjazdy o amplitudzie ponad 1000 metrów. Tymczasem mój dzienny przebieg na ósmym etapie wyprawy wyniósł 61,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 2311 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1027260159

http://veloviewer.com/activities/1027260159

ZDJĘCIA

20170608_061

FILMY

20170608_163633

20170608_164935

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col des Saisies została wyłączona

Signal de Bisanne

Autor: admin o 8. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1930 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1226 metrów

Długość: 14,7 kilometra

Średnie nachylenie: 8,3 %

Maksymalne nachylenie: 13,4 %

PROFIL

SCENA

Początek w Villard-sur-Doron (Sabaudia). To miejscowość mająca niespełna 700 mieszkańców, położona po północnej stronie regionalnej drogi D925. Leży ona ledwie 4 kilometry na zachód od poznanego przez nas dzień wcześniej Beaufort, zaś patrząc z drugiej strony 15 kilometrów na wschód od Albertville. Podjazd pod Signal de Bisanne biegnie głównie po drodze D213 i dopiero na ostatnich (najtrudniejszych) dwóch kilometrach skręca w prowadzącą ku samemu szczytowi górską alejkę. Wzniesienie to w pewnym sensie przypomina słynny Kronplatz z włoskiej części Tyrolu, albowiem tu również można wjechać rowerem na sam szczyt góry. Signal de Bisanne to bowiem górski szczyt w masywie Beaufortain wznoszący się na wysokość 1941 metrów n.p.m. Z mojego punktu widzenia różnica między Bisanne a Kronplatz alias Plan di Corones była głównie w komforcie jazdy. O ile na Plan de Corones niektóre odcinki w finałowej fazie wspinaczki są mocno problematyczne z punktu widzenia szosowca, o tyle tu do samego końca można jechać po dobrej nawierzchni. Pod względem przewyższenia Signal de Bisanne jest niewiele mniejsza, za to ma wyższe średnie nachylenie niż Kronplatz liczony od startu we wiosce Longega. Na Bisanne nie ma bowiem łatwych kilometrów. W dolnej połowie wspinaczki poszczególne kilometry mają średnie nachylenie od 6,5 do 8,5%. Natomiast w górnej części podjazdu najłatwiejszy z siedmiu pozostałych kilometrów ma średnio właśnie 8,5%, zaś najtrudniejsze czyli dwa ostatnie trzymają solidarnie na poziomie 10,5%.

Południowy szlak na Signal de Bisanne, zaczyna się przy wspomnianej już szosie D925. Na dobrą sprawę około 300 metrów przed centrum Villard-sur-Doron. W drodze na szczyt mijamy parę wiejskich osad tzn. Le Cray d’en Bas (2,4 km od startu), La Nuaz (7,7 km), Le Pallieres (8 km) oraz jedną stację narciarską czyli Bisanne 1500 (10,4 km). Większa część wspinaczki prowadzi przez górskie łąki, acz od czasu do czasu zdarzają się zacienione leśne odcinki. Po przejechaniu 12,6 kilometra, na wysokości 1723 metrów n.p.m. trzeba z drogi D123 odbić w lewo na wspomnianą już stromą końcówkę. Gdy Tour de France w roku 2016 na etapie dziewiętnastym do Saint-Gervais / Le Bettex po raz pierwszy wykorzystał owo wzniesienie to właśnie na tym rozjeździe wyznaczono linię górskiej premii górskiej. Na Monte de Bisanne (HC) wygrał nasz Rafał Majka, który zdobył tu kolejne 25 punktów do swej bogatej kolekcji. Dzięki temu właśnie w tym miejscu praktycznie zapewnił już sobie drugi triumf w klasyfikacji górskiej „Wielkiej Pętli”. Uczestnicy TdF nie mogli stąd pojechać wyżej, musieli zjechać w kierunku stacji narciarskiej Les Saisies, a stamtąd na północ ku miasteczku Flumet. W przyszłym roku Tour de France po raz drugi przetestuje i to od tej samej strony podjazd na Montee de Bisanne. Jednak tym razem kolarze po szybkim zjeździe do drogi D218b u bram do Les Saisies, zamiast w lewo skręcą w prawo. Będą bowiem zjeżdżać na południe ku Beaufort, by stamtąd poprzez Col du Pre wjechać na Cormet de Roselend, zaś całą zabawę na jedenastym etapie zakończą pod „Małym Bernardem” w stacji La Rosiere.

AKCJA

Środowe rozpogodzenie po wtorkowym deszczu nie okazało się chwilowe. To było tylko preludium do fali upałów, która nawiedziła Sabaudię przynajmniej na dziesięć kolejnych dni. Z małymi wyjątkami już do końca wyprawy nie musieliśmy się martwić o opady. Z czasem zaczęła nas męczyć nazbyt wysoka temperatura. Czwartek był pierwszym dniem tego typu. Dojazd do Villard-sur-Doron był niemal taki sam jak ten wcześniejszy do Beaufort, tyle że o parę kilometrów krótszy. Na ten dzień mieliśmy zaplanowane południowe podjazdy pod Signal de Bisanne i Col des Saisies. Obie te wspinaczki zaczynały się przy szosie D925 w punktach oddalonych od siebie zaledwie o 1300 metrów. Przyjechawszy na miejsce zaparkowaliśmy na dużym, acz niemal pustym parkingu przed miejscowym Intermarche. Ta lokalizacja w pełni nam odpowiadała, jako że znajdowała się pomiędzy podnóżami obu wspomnianych wzniesień. Z naszego postoju widzieliśmy początek drogi D123 wiodącej na Bisanne, zaś po kilometrze jazdy na wschód czekał nas wjazd na D218b prowadzącą do Les Saisies. Ja, Darek i Romek mieliśmy tego dnia zaliczyć oba te podjazdy. Tomek i Piotr woleli poprzestać na jednej wspinaczce i mieli ku temu dobry powód. Otóż w środę tak w poziomie jak i w pionie przejechali więcej niż nasza trójka. Wjeżdżając na Col du Joly i Cormet de Roselend „zrobili” w sumie niemal 90 kilometrów o łącznym przewyższeniu ponad 2530 metrów. Po takiej dawce „górskiej roboty” należał im się nieco luźniejszy dzień. Niemniej adekwatnie do swych warunków fizycznych wybrali sobie  odmienne cele na czwartek. Tommy wolał stromy Bisanne, zaś Pedro łagodniejszy Saisies. Wystartowaliśmy wszyscy razem o godzinie 12:07, przy czym po krótkim zjeździe do drogi D925 my czterej pojechaliśmy w prawo, zaś Pedro odbił w lewo by dojechać do podnóża Col des Saisies.

Jak już wspomniałem dzień był gorący. Na starcie mieliśmy temperaturę rzędu 32 stopni, która mimo przewyższenia ponad 1200 metrów niewiele spadła w trakcie wspinaczki. Gdy przeszło godzinę później  stanąłem na szczycie Signal de Bisanne termometr w Garminie pokazywał mi 26 stopni. Wspinaczkę zaczęliśmy zgodnie i spokojnie. Przez pierwszy kilometr trwał przejazd przez Villard-sur-Doron. Po sześciuset metrach minęliśmy pierwszy z trzynastu wiraży na Montee de Bisanne. Wszystkie na dojeździe do linii górskiej premii rodem z Tour de France, bowiem na stromej dwukilometrowej końcówce do szczytu brakowało tego typu atrakcji. W połowie trzeciego kilometra czyli tuż po minięciu Le Cray d’en Bas nasza grupka zaczęła pękać. Darek z Tomkiem zaczęli zostawać za mną i Romkiem. We wspomnianej wiosce można odbić na bardziej stromą Route du Manon, która ponownie łączy się z szosą D123 na wysokości około 1140 metrów n.p.m. Niemniej wszyscy pozostaliśmy wierni klasycznej wersji południowego podjazdu na Bisanne. Między połową czwartego a początkiem szóstego kilometra przyszło nam pokonać aż siedem serpentyn. Po przejechaniu 4,7 kilometra nachylenie po raz pierwszy skoczyło ponad 10%, zaś po 6,4 kilometra od startu zbliżyło się na chwilę do 11%. Zbliżała się trudniejsza druga połowa tego wzniesienia. Ciężko było w okolicy La Nuaz i Les Pallieres, a tylko ciut lżej na dojeździe do stacji Bisanne 1500. Nieco wcześniej, bo po przejechaniu 9,3 kilometra znów można było wybrać alternatywną drogę boczną. Tym razem bardzo stromą Route de Filles, która to skraca ową wspinaczkę aż o 600 metrów, jako że wraca do D123 na poziomie 1660 metrów n.p.m. Dla nas było jednak wystarczająco ciekawie na głównym szlaku przetestowanym przez ubiegłoroczny Tour de France.

Powyżej Bisanne 1500 nachylenie ani na moment nie spadło poniżej 7%, za to aż pięciokrotnie przekroczyło poziom 11%. Jechało mi się już trochę trudniej, ale wciąż byłem w stanie utrzymać tempo kolegi. Na Montee de Bisanne dojechaliśmy jeszcze razem w czasie 1h 00:55 (avs. 12,2 km/h). Namalowana 11 miesięcy wcześniej linia górskiej premii wciąż była tu dobrze widoczna. zaraz za kreską trzeba było odbić w lewo. Wjechaliśmy na węższą i bardziej stromą drogę ku szczytowi góry. Tu już nie byłem w stanie utrzymać się Romkowi na kole. Próbowałem jechać równo w niedużej odległości od naszego lidera, by ewentualnie móc go dojść jednym mocnym zrywem pod sam koniec wspinaczki. Niemniej wkrótce okazało się, że na jakikolwiek mocniejszy skok nie było mnie już stać, więc do mety dotarłem kilkanaście sekund za Romanem. Według najdłuższego segmentu znalezionego na stravie Romek wjechał na szczyt w 1h 12:39 (avs. 11,8 km/h), zaś ja w 1h 12:54 (avs. 11,7 km/h). Biorąc pod uwagę oficjalne przewyższenie tego wzniesienia można przyjąć, iż Romano wykręcił VAM 1012, zaś ja 1008 m./h. Wjechawszy na szczyt u skraju asfaltowej drogi początkowo skręciliśmy w prawo ku najwyżej położonym wyciągom Chamois i Rosieres. Potem wraz Darkiem i Tomkiem zjechaliśmy na przeciwny kraniec owej górskiej czapy ku stacji kolejki górskiej Bisanne i restauracji Panoramique 2000. Nasi koledzy skończyli wspinaczkę w czasie 1h 24:54. Mieliśmy z tego miejsca świetny widok tak na położoną w dole stację Les Saisies, jak i na piętrzący się w oddali, wiecznie ośnieżony Mont Blanc. Tymczasem Pedro wjechał na Col des Saisies w 1h 23:14. Tym samym można powiedzieć, że dotarł do swego celu, w chwili gdy my zebraliśmy się w komplecie na szczycie Bisanne.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1027260208

http://veloviewer.com/activities/1027260208

ZDJĘCIA

20170608_001

FILMY

20170608_133618

20170608_135901

20170608_142904

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Signal de Bisanne została wyłączona

Col du Pre

Autor: admin o 7. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1736 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 998 metrów

Długość: 13,2 kilometra

Średnie nachylenie: 7,6 %

Maksymalne nachylenie: 11,2 %

PROFIL

SCENA

Początek w Beaufort. Zatem po zjeździe z Col du Joly czy Cormet de Roselend jesteśmy już na miejscu. Wystarczy dotrzeć do centrum miasteczka i skręcić w lewo na most ponad rzeczką Doron. W tym momencie wjeżdża się na szosę D218A prowadzącą na południe od miasta. Podjeżdżając na Col du Pre trzeba jechać tym szlakiem przez pierwsze pięć kilometrów. Następnie w miejscowości Areches należy wjechać na szosę D218D, która to niebawem skręca w lewo. W połowie siódmego kilometra trzeba opuścić i tę drogę, bowiem wiedzie ona dalej na południe ku Lac du Saint-Guerin i wysokiej przełęczy Cormet de Areches. My natomiast musimy się trzymać krętej i wąskiej drogi biegnącej na wschód, która po kolejnych sześciu kilometrach dociera się na przełęcz czyli na wysokości 1703 metrów n.p.m. Niemniej to jeszcze nie koniec wspinaczki. Col du Pre to bowiem taki dziwny egzemplarz kolarskiego wzniesienia, którego najwyższy punkt wcale nie znajduje się w najbardziej oczywistym miejscu. Czasem zdarza się tak, że linię górskiej premii wypada wyznaczyć przed lub za przełęczą. Z takim „zjawiskiem” spotkałem się niegdyś na szwajcarskiej Lukmanierpass. Wjeżdżając na nią od północy najwyższy punkt tego podjazdu minąłem w tunelu, zaś do samej przełęczy już zjeżdżałem i to przez ponad kilometr. Podobnie jest na Col du Pre, acz tu akurat śmiałkowie wspinający się od strony zachodniej koniec owej wspinaczki znajdą dopiero za przełęczą. Według różnych źródeł kulminacja tego podjazdu znajduje się bowiem na wysokości 1736 lub nawet 1748 metrów n.p.m.

Zachodni podjazd na Col du Pre składa się z czterech różnej długości segmentów. Pierwszym są umiarkowanie trudne pierwsze 4 kilometry o średniej 6,9 %. Drugim niemal płaski kilometr na dojeździe do wsi Areches. Trzecim 7-kilometrowy odcinek z 15 wirażami mający średnie nachylenie aż 9,4 %. Po czym z przełęczy do końca wspinaczki pozostaje jeszcze do pokonania 800 metrów o średniej nieco ponad 4 %. Ta przeszło 13-kilometrowa wersja podjazdu na Col du Pre uchodzi za trudniejszą z dwóch dostępnych szosowcom. Drugą jest blisko 17-kilometrowa trasa prowadząca również z Beaufort, lecz przez Col du Meraillet (1605 m. n.p.m.). Ona na pierwszych dwunastu kilometrach pokrywa się z zachodnim szlakiem na Cormet de Roselend, po czym na Col du Pre dociera ze wschodu od strony Lac de Roselend. Nasz zachodni podjazd w przyszłym roku zadebiutuje na trasie Tour de France. Zdarzy się to na krótkim, acz konkretnym etapie jedenastym z Albertville do stacji La Rosiere, znajdującej się poniżej Col du Petit Saint-Bernard. Przed finałowym wzniesieniem uczestnicy „Wielkiej Pętli” będą musieli pokonać Montee de Bisanne, Col du Pre i zaraz po niej ostatnie 8 kilometrów podjazdu na Cormet de Roselend. Ową kombinację podjazdów pod Pre i Roselend organizatorzy spod szyldu A.S.O. przetestowali już dwukrotnie na Tour de l’Avenir. W 2015 roku na etapie z Megeve do La Rosiere i rok później na trasie z Saint-Gervais-les-Bains do Tignes. Na obu odcinkach triumfowali Francuzi, którzy w sezonie 2017 zdołali się już pokazać z dobrej strony w peletonie zawodowym. Za pierwszym razem wygrał Guillaume Martin, a za drugim David Gaudu w drodze po generalne zwycięstwo w Tourze Przyszłości.

AKCJA

Po zjeździe z Col du Joly na drugą część naszej środowej aktywności mieliśmy do wyboru dwa ciekawe wzniesienia. Per primo dobrze znany kolarskim kibicom podjazd pod Cormet de Roselend (1968 m. n.p.m., 20,4 km przy średniej 6 %). Per secundo znacznie krótszą, lecz bardziej stromą wspinaczkę na Col du Pre. Piotr i Tomek, którzy po raz pierwszy zawitali w te strony wybrali to pierwsze rozwiązanie. Dla trzech pozostałych osób czyli mnie, Darka i Romka tego typu decyzja oznaczałaby swego rodzaju „powtórkę z rozrywki”. Ja wjechałem już bowiem na Roselend od obu stron (od wschodu w 2009 i od zachodu w 2013 roku). Przy tej drugiej okazji – czyli naszej wyprawy pod hasłem Route des Grandes Alpes – ten sam zachodni szlak przemierzył Dario. Natomiast Romek zdobył tą przełęcz od wschodu w 2009 roku, gdy wybrał się ze swymi znajomymi obejrzeć alpejskie etapy Tour de France. Pedro i Bury ponownie zabrali się do pracy już kilka minut po piętnastej. Ja z Romkiem musiałem jeszcze poczekać na przyjazd Darka, który długo zabawił na zjeździe z Joly. Niemniej mogliśmy sobie pozwolić nawet na kilkadziesiąt minut zwłoki w stosunku do naszych dwóch kolegów zważywszy na to o ile krótszy czekał nas podjazd. Zaczęliśmy dopiero o 15:50. W ciągu dnia słońce rozgrzało okolicę Beaufort. Wczesnym popołudniem w trakcie podjazdu pod Joly mieliśmy umiarkowaną temperaturę. To znaczy 20 stopni na starcie, max. 23 podczas wspinaczki i 18 na samej przełęczy. Tymczasem przed szesnastą ruszaliśmy na naszą drugą tego dnia górę już przy temperaturze 31 stopni.

Zaczęliśmy spokojnie, nie bez powodu. W nogach mieliśmy Col du Joly, zaś w głowach świadomość jak stroma będzie końcówka Col du Pre. Wyjazd z miasta przez Route d’Areches okazał się bardzo kręty. Nie pokonaliśmy jeszcze kilometra, a już mieliśmy za sobą pięć wiraży. Kolejne dwa spotkaliśmy w połowie drugiego kilometra. Potem minęliśmy osady Coutafaillat (1,8 km) i La Chavonnerie (2,8 km), zaś między nimi dwie kolejne serpentyny. Nieco większą wioską okazała się być następna czyli La Praz (3,8 km). Tuż za nią skończył się pierwszy fragment podjazdu. Na tych początkowych czterech kilometrach stromizna tylko raz nieznacznie przekroczyła poziom 9 %. Większa część piątego kilometra była niemal płaska, więc z prędkością zbliżoną do 30 km/h dojechaliśmy do stacji narciarskiej Areches. Tu trzeba było już zjechać z szosy D218a. Ta droga skręcała bowiem w prawo by wzdłuż potoku L’Argentine dobiec swego kresu w stacji Le Planay, na skromnej wysokości 1215 metrów n.p.m. Pojechaliśmy zatem prosto wjeżdżając na szosę D218d. za kościołem pod wezwaniem Jana Chrzciciela (Jean-Baptiste) droga skręciła na wschód. Wkrótce rozpoczęła się seria kilkunastu serpentyn, zaś nachylenie stopniowo rosło. Na czwartym wirażu powyżej Areches musieliśmy odbić w lewo, zjeżdżając tym samym ze szlaku na Cormet d’Areches. Od tego miejsca do samej przełęczy każdy kolejny kilometrowy odcinek miał średnie nachylenie na poziomie od 9,5 do 10%. Było ciepło i stromo, a zatem wspinaliśmy się w idealnych warunkach dla Darka. Nie trzeba było długo czekać na to by Dario się ożywił i zaczął sprawdzać ile zdrowia zostawiliśmy na Joly. Kilka razy przyśpieszył, ale byliśmy wstanie odpowiedzieć na te zmiany rytmu.

Wciąż jadąc razem minęliśmy Le Pontet (7,2 km) i Boudin (9,2 km). Po prawej ręce nie raz otwierał nam się piękny widok na pozostawione w dole tereny, w tym drogę biegnącą ku Lac de Saint-Guerin. Pod koniec jedenastego kilometra Dario trochę zapłacił za wcześniejsze zrywy. Na przełęcz dojechaliśmy zatem we dwóch, acz Romek wyprzedził mnie o kilka sekund. Na łatwej końcówce do linii przyszłej górskiej premii udało mi się odrobić tą drobną stratę. Nie stanęliśmy na górze ponieważ widok był mało atrakcyjny. Chciałem spojrzeć z góry na błękitne wody Lac de Roselend. Dlatego zjechaliśmy jeszcze kilkaset metrów po szosie posypanej żwirkiem zatrzymując się dopiero przy restauracji La Pierra Menta. Dosłownie po chwili dołączył do nas Darek. Wjazd na Col du Pre wszystkim nam zajął nieco ponad godzinę. Strava notuje wyniki na segmencie o długości 12,1 kilometra, kończącym się na wysokości przełęczy. Romek przejechał ten dystans w czasie 1h 01:57. Ja straciłem do niego 5 sekund, zaś Darek 45. Mój wynik czyli 1h 02:02 oznaczał średnią prędkość 11,8 km/h i dość skromny VAM 904 m/h. Liderem na tym odcinku jest młody Australijczyk Lucas Hamilton z czasem 38:24. Co ciekawe w 2016 roku młodzieżowcy pojechali około minutę szybciej niż rok wcześniej gdy m.in. Marc Soler i Gianni Moscon potrzebowali na wjazd 39:32. Na zapleczu Col du Pre zabawiliśmy blisko pół godziny, zatrzymując się też na kilka minut na samej przełęczy. Zjazd był czystą przyjemnością, zaś w samej końcówce jadący przodem Darek z Romkiem natknęli się na stado krów spędzane na noc w dolinę. Gdy dotarłem do Beaufort koledzy czekali już na mnie pod miejscową cukiernią.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1025706281

http://veloviewer.com/activities/1025706281

ZDJĘCIA

20170607_061

FILMY

20170607_165932

20170607_173512

20170607_174637

20170607_180242

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Pre została wyłączona