banner daniela marszałka

Archiwum dla czerwiec, 2017

Col du Mollard SE

Autor: admin o 15. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Villargondran

Wysokość: 1630 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1088 metrów

Długość: 19,4 kilometra

Średnie nachylenie: 5,6 %

Maksymalne nachylenie: 9,2 %

PROFIL

SCENA

Początek na drodze D81 poniżej wsi Villargondran (Sabaudia). To miejscowość położona ledwie 3,5 kilometra na południowy-wschód od Saint-Jean-de-Maurienne. Leży na lewym brzegu L’Arc i zarazem na południe od autostrady A43 i kolejowej trasy Ligne de la Maurienne. Według danych z 2015 roku mieszka tu około 870 osób. Trzeba przyznać, że gmina ta jest bardzo zadbana. Zatem nie bez racji przed paroma laty otrzymała trzy kwiatki w 4-stopniowej skali ogólnokrajowego konkursu „Villes et Villages Fleuris”. Przez wieś biegnie regionalna droga D80, po której niemal w całości prowadził nasz podjazd pod Col du Mollard. Trzeba jednak zastrzec, że na przełęcz tą prowadzą trzy równie ciekawe szlaki. Każdy z nich zmusza do pokonania w pionie przeszło tysiąca metrów. Wszystkie zaczynają się w dolinie Maurienne, lecz tylko dwa docierają na przełęcz od strony północnej. Dwie ścieżki czyli wedle nomenklatury rodem z „cyclingcols”: południowa i północno-zachodnia zaczynają się w tym samym miejscu, bo na ulicach miasta św. Jana Chrzciciela. Tym niemniej rozstają się już po przebyciu 400 metrów na rondzie reklamującym noże firmy Opinel. Szlak południowy prowadzi zasadniczo po drodze D926 i przez pierwsze 15 kilometrów jest zbieżny z północno-wschodnią wspinaczką na słynną Col de la Croix de Fer. Dopiero na wysokości 1230 metrów n.p.m. w pobliżu osady Belleville trzeba odbić w lewo i wjechać na szosę D80. Kolejne 6 kilometrów wspinaczki doprowadzi nas na przełęcz Mollard od strony południowej. Z kolei ścieżka północno-zachodnia przez niemal całą długość owego podjazdu pozostaje wierna drodze D110. Szosa ta początkowo biegnie wzdłuż potoku L’Arvan, po czym skręca na wschód w kierunku wioski Albiez-Montriond, gdzie łączy się z północno-wschodnim szlakiem na Col du Mollard. To znaczy tym zaczynającym się poniżej Villargondran. Wspólny dla obu podjazdów finałowy odcinek o długości 1600 metrów prowadzi już po szosie D80.

Północno-wschodnia wspinaczka na przełęcz Mollard ma nieco większe przewyższenie od wariantów podjazdu zaczynających się w Saint-Jean-de-Maurienne. Niemniej różnica to raptem 21 metrów. W skali przeszło tysiąca metrów to „zwycięstwo” o włos. Mimo to uchodzi ona za najłatwiejszą z całej trójki. Zapewne dla tego, że jest najbardziej regularna. Tylko jeden kilometrowy odcinek ma tu średnie nachylenie powyżej 8%. Ostatnie 1000 metrów ma przeciętną 8,1%. Większość tego typu odcinków trzyma na poziomie od 6 do 7,5%. Podjazd ten jest za to niewątpliwie jednym z najbardziej zakręconych we francuskich Alpach. Myślałem, że nic nie może dorównać serpentynom na mglistej Col de l’Arpettaz, a jednak myliłem się. Od wjazdu na drogę D80 do poziomu wioski Albiez-le-Jeune (1370 metrów n.p.m.) naliczyłem 47 wiraży, z czego aż 36 na niespełna 8-kilometrowym odcinku między początkiem piątego a końcem dwunastego kilometra wspinaczki! Niestety tej karuzeli kibice Tour de France jeszcze nie oglądali, choć na Col du Mollard „Wielka Pętla” wjechała już trzy razy: w latach 2006, 2012 i 2015. Za każdym razem na etapach prowadzących do mety w stacji La Toussuire. Premię górską wygrywali tu: Duńczyk Michael Rasmussen i dwukrotnie Francuz Pierre Rolland. Niemniej na przełęcz tą zawsze wjeżdżano od strony południowej, po ledwie 6-kilometrowej wspinaczce prosto po górnej fazie zjazdu z przełęczy Żelaznego Krzyża. Następnie zjazd do Saint-Jean-de-Maurienne prowadził po mniej skomplikowanej i krótszej drodze D110. Tym niemniej oba północne podjazdy na Mollard zostały w ostatnich latach przetestowane na Tour de l’Avenir. Nasza wspinaczka od Villargondran po drodze D80 została przejechana w początkowej fazie ostatniego etapu tej imprezy z roku 2014. Natomiast wjazd drogą D110, acz jedynie do poziomu wsi Albiez-Montrond (1520 m. n.p.m.) gościł na finałowych kilometrach „Touru Przyszłości” z roku 2017. Sukces święcili tu dwaj zawodnicy, którzy od sezonu 2018 jeździć będą w Team Sky. Etap w pięknym stylu wygrał urodzony we Włoszech i wychowany we Francji Rosjanin Paweł Siwakow. Z kolei Kolumbijczyk Egan Bernal kontrolował poczynania swych najgroźniejszych rywali i finiszował tu czwarty, zapewniając sobie generalne zwycięstwo w TdF dla kolarzy do lat 25.

AKCJA

Na czwartą wycieczkę do Vallee de la Maurienne udaliśmy się tylko we trzech. Darek już wcześniej postanowił ograniczyć swe  samochodowe dojazdy do Doliny Tarentaise. Tego dnia udał się jedynie do pobliskiego Moutiers, by z tego miasta podjechać na Col du Pradier. Wzniesienie, które ja z Romanem zaliczyłem sześć dni wcześniej po wspinaczce do Meribel-Mottaret. Jedna premia górska w najbliższej okolicy bazy nie była szczególnie ambitnym wyzwaniem. Niemniej skoro była jedyna to Dario postanowił z nią „pójść na całość”. To znaczy nie zatrzymał się jak my u kresu szosy, lecz przedłużył sobie tą wspinaczkę o dwa szutrowe odcinki. Dotarł na wysokość około 1820 metrów n.p.m. Dzięki temu zyskałem kilka ciekawych zdjęć ze strefy „off-road” na tej górze. Z kolei Piotr w czwartek chciał odpocząć przed ostatnim etapem naszej wyprawy. W trakcie pierwszych 10 dni swego pobytu w Sabaudii zdołał pokonać dziesięć podjazdów pierwszej bądź najwyższej kategorii, w tym takie giganty jak: Val Thorens, Madeleine, Croix de Fer czy Galibier. W jego programie przysłowiową „truskawką na torcie” miała być piątkowa wspinaczka na Col de l’Iseran (2770 m. n.p.m.). To znaczy na najwyższą drogową przełęcz Francji jak i całej Europy. Niemniej jak sam stwierdził kolarstwo nie zapomniało o nim. Gdy około południa w poszukiwaniu bagietki zjechał rowerem w rejon Aigueblanche trafił na młody peleton szykujący się do walki na pierwszym etapie Tour de Savoie-Mont Blanc. Pierwszy etap tej imprezy startował w tym roku z La Lechere, gdzie wyznaczono start honorowy. Prawdziwe ściganie miało się zacząć po starcie ostrym w Moutiers. Kolarze mieli pojechać najpierw wschód, a potem skręcić na południe by sforsować wspomnianą przełęcz Iseran. Metę pierwszego odcinka przygotowano w stacji Aussois ponad Modane. Gdy w trakcie pobytu w Les Emptes poznałem program tego wyścigu musiałem dokonać korekt w naszym planie zajęć. Początkowo założyłem sobie wyjazd na Col du Mollard i Lac de Pramol w środę 14 czerwca, zaś wypad na Plan d’Amont i Valfrejus dzień później. Nie chcąc się znaleźć na „kursie kolizyjnym” z sabaudzkim Tourem musiałem dokonać roszady w swym kalendarzu.

Tym samym górskie okolice Modane obejrzałem sobie w środę, zaś nazajutrz przyszła pora m.in. na Col du Mollard. Przełęcz, która bywa używana na Tour de France, acz na razie w niepełnym swym wymiarze. Za sterami Renault Traffica zasiadł Romano, zaś na pokład oprócz mnie wsiadł Tomek. Czekała nas przeszło 90-kilometrowa, acz dość szybka wycieczka w rejon Saint-Jean-de-Maurienne. Przejazd drogami N90 i A43 poszedł jak zwykle sprawnie. Niemniej końcówka owego transferu nieco nam się wydłużyła, po tym jak pierwszy znaleziony przejazd pod torami kolejowymi okazał się „na oko” zbyt niski dla naszego auta. Trzeba było pojechać parę kilometrów dalej na wschód by przeskoczyć na południową stronę Ligne de la Maurienne w okolicy miasteczka Saint-Julien-Mont-Denis. Tym samym do Villargondran dojechaliśmy od wschodu drogą D81. Na miejscu zaparkowaliśmy na pustym i zacienionym parkingu przed miejscową salą gimnastyczną. Do podnóża naszego pierwszego podjazdu musieliśmy zjechać kilkaset metrów. Wystartowaliśmy o godzinie 11:54 z równoległej względem linii kolejowej szosy D81. Jednak już po przejechaniu 600 metrów, wskoczyliśmy na drogę D80, której trzymać mieliśmy się do samego końca owej wspinaczki. Zacząłem jak mi się wydawało dość spokojnie, lecz szybko zostałem sam na prowadzeniu. Dlatego na pierwszym rondzie zrobiłem kółeczko by koledzy do mnie dojechali. Obaj byli jednak nieskorzy do żwawej jazdy od samego dołu, więc od drugiego kilometra znów jechałem sam. Trzeba od razu dodać, że sytuacja pogodowa w Sabaudii po deszczu ze środowego popołudnia szybko wrócił do gorącej normy. Tu na starcie mieliśmy 32 stopni. Na podjeździe temperatura sięgnęła maximum 34, potem spadła do 25, by na ostatnich kilometrach znów wzrastać aż do 30 stopni na samej przełęczy. Przez pierwsze trzy kilometry trwał przejazd przez Villargondran. Już ten odcinek był dość kręty, bowiem do wyjazdu ze wsi pokonaliśmy osiem serpentyn. Pod koniec czwartego kilometra minąłem punkt widokowy na dolinę Maurienne.

Niebawem okolica stała się bardziej zalesiona, zaś droga zaczęła się wić co chwila zmieniając kierunek. Tak na piątym jak i szóstym kilometrze trzeba było pokonać sześć serpentyn. Ogółem między wspomnianym punktem widokowym, a leśną osadą Les Villards (6,7 km) minąłem piętnaście wiraży. Na kolejnych pięciu kilometrach ta sama zabawa, która z czasem zaczęła mnie nużyć. Wszystkie serpentyny ciasne i w zasadzie wybijające z rytmu. Wiraże na górskich drogach z reguły są przez mnie mile widziane. Bywa, że dają odrobinę oddechu podczas wspinaczki, szczególnie gdy góra jest sztywna, tak na 8-10% lub więcej. Niemniej tu nachylenie trzymało się na poziomie tylko 6-7%. Jedynie pod koniec siódmego kilometra stromizna przekroczyła 9%. W takim terenie sprawniej jechałoby mi się po dłuższych prostych odcinkach. Tymczasem powyżej Les Villards trzeba było pokonać jeszcze 22 wiraże na dystansie ledwie pięciu kilometrów, w tym aż osiem na kilometrze dziewiątym. Na początku trzynastego kilometra wyjechałem z lasu i po kilkuset kolejnych metrach dotarłem do wsi Albiez-le-Jeune (13 km). Tu nasza droga skręciła w lewo i stała się bardzo nieregularna. Na czternastym kilometrze była niemal płaska, zaś na piętnastym wznosiła się delikatnie. Trudniejszy kilometr trafił się między połową szesnastego i siedemnastego kilometra, po czym sam dojazd do Albiez-Montrond (17,8 km) okazał się stosunkowo łatwy. Pomiędzy tymi wszystkimi fazami wspinaczki nie brakowało krótkich odcinków zjazdu. Jednym słowem trudno było tu złapać dobry rytm jazdy. W centrum Albiez-Montrond trzeba było dwukrotnie skręcić w lewo, by jeszcze przed końcem osiemnastego kilometra zacząć finałowy odcinek o długości półtora kilometra. Ta końcówka jest całkiem solidna. Ostatni kilometr ma średnio 8%, zaś chwilowa stromizna trzy razy sięga na nim 9,2%. Wspinaczkę skończyłem po przejechaniu 19,4 kilometra w czasie 1h 13:27 (avs. 15,9 km/h). Na stravie najdłuższy segment ma 17,6 kilometra i przewyższenie 1015 metrów. Ten odcinek pokonałem w 1h 06:53 (avs. 15,8 km/h z VAM 910 m/h). Romano dojechał do mnie po około 10 minutach. Na przyjazd Tomka poczekaliśmy dobry kwadrans.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1038331740

http://veloviewer.com/activities/1038331740

ZDJĘCIA

20170615_001

FILM

MAH02921

Napisany w 2017a_Haute-Savoie & Savoie | Możliwość komentowania Col du Mollard SE została wyłączona

Valfrejus

Autor: admin o 14. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Modane

Wysokość: 1960 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 904 metry

Długość: 15,1 kilometra

Średnie nachylenie: 6 %

Maksymalne nachylenie: 11,5 %

PROFIL

SCENA

Podjazd pod Valfrejus podobnie jak wspinaczka do Barrage de Plan d’Amont rozpoczyna się w Modane. Tym samym czuję się zwolniony z „obowiązku” przedstawienia tej miejscowości, jako że zrobiłem to w poprzednim odcinku swych sabaudzkich opowieści. Wspinaczka do kresu szosy w dolinie Frejus zaczyna się w sąsiedztwie supermarketu Casino. Na rondzie ozdobionym kabiną kolejki gondolowej. Miejsce to oddalone jest ledwie 300 metrów od podnóża podjazdu na Plan d’Amont. Tym razem jednak trzeba ruszyć z miasta w kierunku południowym, w stronę masywu Mont-Cenis. Pierwsze dziewięć kilometrów prowadzi do stacji narciarskiej Valfrejus regionalną drogą D216. Natomiast ostatnie sześć biegnie wąską górską ścieżką Route du Seuil, na której momentami brakuje asfaltu. Cały podjazd kończy się przed osobliwą budowlą, którą jest wylot szybu wentylacyjnego obsługującego Tunnel Routier du Frejus. Ten blisko 13-kilometrowy tunel to niestety jedyna przeprawa drogowa z Francji do Włoch w bezpośrednim sąsiedztwie Modane. Graniczna Col du Frejus (2542 m. n.p.m.) jest przełęczą dostępną jedynie dla górskich wędrowców. Na rowerze szosowym nie da się tu wjechać powyżej 2000 metrów. Trzy pierwsze kilometry na szosie D216 są stosunkowo łatwe. Droga prowadzi bardziej w kierunku zachodnim niż południowym. Na tym segmencie nie brak płaskich odcinków, zaś maksymalne nachylenie wynosi tylko 5,7 %. Podjazd staje się solidny dopiero na początku czwartego kilometra za wiaduktem nad autostradą A43. Tu droga skręca na południe i serpentynami wspina się do stacji Valfrejus. Na przestrzeni kolejnych 3500 metrów trzeba pokonać aż dwanaście wiraży. Przez pięć kolejnych kilometrów nachylenie trzyma na średnim poziomie od 6 do 9%. Najtrudniejszy w tej fazie wspinaczki jest kilometr siódmy o średniej 9,1%. Stromizna nieco odpuszcza dopiero na ostatnim kilometrze przed Valfrejus. To ośrodek narciarski otwarty dopiero w 1983 roku czyli stacja narciarska tzw. czwartej generacji. Na jej obszarze znajdują się 23 trasy zjazdowe o łącznej długości 65 kilometrów. Najwyższa startuje ze szczytu Punta Bagna (2737 m. n.p.m.).

Dwukrotnie kończyły się tu etapy Criterium du Dauphine. W sezonie 1987 był to szósty etap Criterium du Dauphine Libere. Ta nazwa wyścigu pochodziła od regionalnego dziennika, który do roku 2009 był tytularnym sponsorem tej alpejskiej etapówki. Odcinek ten wygrał Kolumbijczyk Henry Cardenas. Za nim przyjechali dwaj Francuzi: Charly Mottet ze stratą 40 sekund i Thierry Claveyrolat „spóźniony” o 1:19. Mottet tego dnia odebrał koszulkę lidera Szwajcarowi Erichowi Maechlerowi i dwa dni później po raz pierwszy cieszył się z generalnego zwycięstwa w tej imprezie. Sukces ten powtórzył w latach 1990 i 1992, dzięki czemu jest dziś jednym z pięciu współrekordzistów na liście triumfatorów „Delfinatu”. Z kolei całkiem niedawno, bo w roku 2015 zakończył się tu cały ten wyścig. Metę wyznaczono na wysokości 1553 metrów n.p.m. po pokonaniu podjazdu o długości 8,4 kilometra i średnim nachyleniu 5,7%. Wzniesienie jakkolwiek niewielkie dostarczyło sporo emocji. Chris Froome urwał prowadzącego po siedmiu etapach Amerykanina Tejay’a Van Garderena. Lider ekipy Sky wygrał ostatni etap 67. CdD z zapasem 18 sekund nad trzema najbliższymi rywalami. Drugi był Anglik Simon Yates, trzeci Portugalczyk Rui Alberto Faria da Costa, zaś czwarty pokonany Jankes o niderlandzkich korzeniach. Valfrejus to ostatnie miejsce na tej górze, gdzie można rozstawić finisz tak dużego wyścigu. Ze stacji wyjeżdża się na początku jedenastego kilometra i droga stopniowo ginie w górskiej głuszy. W połowie jedenastego kilometra szlak skręca na wschód w kierunku skrytego pod skałami tunelu. Zanikają ślady ludzkiej cywilizacji, a momentami nawet sama asfaltowa droga. Po przejechaniu 11,8 kilometra mija się jeszcze górny przystanek wyciągu Charmasson, zaś po 12,6 kilometra domostwa w La Seuil. Trzynasty kilometr ma średnio 9%, z max. 11,5% na wysokości wspomnianej osady. Dwa ostatnie, choć nieco łatwiejsze na dobicie proponują chwilowe stromizny po 9,5 i 9%. Droga kończy się przy potoku Ruisseau du Grand Vallon. To miejscówka z widokiem na wspomniany wylot szybu oraz szczyt Pointe du Frejus (2934 m. n.p.m.).

AKCJA

Zjazd z Plan d’Amont skończyliśmy na rondzie z „antycznym” welocypedem. Następnie w centrum Modane zabawiliśmy nieco ponad kwadrans. O czternastej wjechaliśmy na drogę D216 by poznać największe wzniesienie po południowej stronie tego miasta. W dolinie Maurienne wciąż było słonecznie i gorąco. Na starcie mieliśmy temperaturę rzędu 33 stopni, która to na trzecim kilometrze podjazdu wzrosła nawet do 37! Początek wspinaczki okazał się łatwy. Pokonaliśmy dwa pierwsze wiraże i wjechaliśmy na szlak prowadzący równolegle względem wszystkich tutejszych arterii komunikacyjnych. Po prawej stronie mieliśmy rzekę L’Arc i regionalną drogę D1006, zaś po lewej początkowy fragment autostrady A43. Na tym odcinku minęliśmy osobliwy monument o tematyce kolejowej. Składa się on z lokomotywy i wagonu ustawionych na tle oryginalnego wjazdu do Tunnel Ferroviaire du Frejus. Następnie po przebyciu 3,1 kilometra wjechaliśmy na wiadukt nad autostradą. Podjazd z prawdziwego zdarzenia zaczął się dwieście metrów dalej. Droga zaczęła się wić po zalesionym zboczu góry. Od tego miejsca do końca siódmego kilometra musieliśmy zaliczyć tuzin serpentyn. Na tym segmencie wzniesienia jeden wiraż wypadał średnio co 300 metrów. Na początku szóstego kilometra nachylenie po raz pierwszy przekroczyło 10%. Jednak znacznie trudniejszy okazał się kilometr siódmy, na którym stromizna w trzech miejscach była dwucyfrowa i to z max. 11,4%. Przy każdym z zakrętów stała tablica z nazwą wzniesienia, numerem wirażu i aktualną wysokością nad poziom morza. Numeracja zgodna z kolarskimi tradycjami czyli na pierwszej tablicy cyfra najwyższa. Przy niektórych serpentynach, na ogół po wewnętrznej stronie szosy, stały kapliczki. Na siódmym kilometrze wspinaczki wjechaliśmy na bardzo świeży asfalt. Obawiałem się, że przy panującym tu upale zaczniemy się lepić do tej czarnej jak smoła nawierzchni. Przeżyłem już coś takiego podczas wspinaczki na Colle delle Agnello w czerwcu 2008 roku. Na szczęście asfalt nie był aż tak „grząski”. Tym niemniej w powietrzu dało się wyczuć nieprzyjemny zapach.

W drugiej połowie ósmego kilometra minęliśmy dwa ostatnie wiraże przed Valfrejus. Na kilometrze dziewiątym nachylenie wyraźnie odpuściło, zaś po wjeździe do stacji przez sześćset metrów jechaliśmy po zupełnie płaskim terenie. Dojazd do tego ośrodka narciarskiego zabrał nam około 36 minut. Według stravy wymagający segment o długości 5,4 kilometra i średniej 6,8% przejechaliśmy w 23:49 (avs. 13,8 km/h z VAM 934 m/h). Liderem jest tu Romain Bardet, który podczas wspomnianego etapu ósmego CdD 2015 był szósty i przejechał ten odcinek w 13:47 (avs. 23,8 km/h). Niewidoczny dla wspomnianego programu Chris Froome był szybszy od Francuza o 28 sekund. Powyżej stacji szosa stała się węższa, gorsza jakościowo i na ogół bardziej stroma. Pierwszy trudniejszy odcinek liczył sobie 1300 metrów i skończył się po przejechaniu 10,7 kilometra. Tam gdzie droga stawała się żwirowa jechało mi się trudniej i z trudem utrzymywałem koło Romkowi. Na przełomie jedenastego i dwunastego kilometra przemknęliśmy przez ostatni łatwy odcinek. Na dwunastym nachylenie było umiarkowane, lecz w połowie trzynastego stromizna poszybowała do poziomu 11,5%. Na ostatnich trzech kilometrach co jakiś czas zmienialiśmy się na prowadzeniu co wyglądało jak „przeciąganie liny”. Ostatecznie odjechałem Romanowi na kilkanaście sekund. Niestety nie mogliśmy dojechać do samego końca szosy. Zabrakło nam 250, może 300 metrów. Pozostały do szybu odcinek drogi został przysypany kamieniami i gałęziami, co skutecznie zniechęciło nas do dalszej jazdy. Na stravie stworzono segment obejmujący niemal cały ten podjazd. Zmierzono wyniki ledwie 16 śmiałków na dystansie 14,7 kilometra. Przejechałem ten sektor w 1h 00:34 (avs. 14,6 km/h ze skromnym VAM 824 m/h). Romano wykręcił tu czas netto 1h o0:50. Liderem jest tu inny Romek, a mianowicie Romain Hardy z ekipy Fortuneo, który dosłownie trzy dni wcześniej pokonał całą górę w 49:20.

Na końcu drogi postaliśmy ledwie kilka minut. Niebo było coraz bardziej zachmurzone. Zanosiło się na pierwszy deszcz od ośmiu dni. Trzeba było się czym prędzej ewakuować w niższe rejony. Roman ruszył prosto do Modane. Ja po drodze chciałem jeszcze zrobić zdjęcia, więc ryzykowałem. Już po kilku minutach złapał mnie deszcz, a wkrótce rozpadało się na dobre. Wtedy postanowiłem się skupić już tylko na bezpiecznym zjeździe do Valfrejus. Temperatura zleciała do 19 stopni. Pomyślałem, iż jeśli opady będą mocne i potrwają dłużej to przeczekam je w stacji. Tymczasem musiałem na siebie uważać, szczególnie na fragmentach drogi zniszczonych przez naturę. Gdy tylko dotarłem do Valfrejus schowałem się pod pierwszym lepszym zadaszeniem czyli drewnianą konstrukcją przerzuconą ponad szosą. Na szczęście deszcz wkrótce osłabł i mogłem kontynuować zjazd. Przez ośrodek przejechałem inaczej niż jadąc pod górę. To znaczy wybrałem Rue du Cheval Blanc, zamiast Rue de Bettets. Poniżej Valfrejus czekało na mnie jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Nowiutki asfalt. Lepki i śmierdzący w upale, po deszczu mógł się okazać nad wyraz śliski. Zjeżdżałem po nim bardzo ostrożnie, wręcz „z duszą na ramieniu”. Nic złego się nie wydarzyło. Spotkaliśmy się 500 metrów przed centrum Modane i postanowiliśmy nie kończyć tego zjazdu. Odbiliśmy w lewo na drogę D215 w kierunku Fourneaux. Chcieliśmy bowiem jak najszybciej dojechać do Saint-Michel-de-Maurienne. Do pokonania zostało nam przeszło 16 kilometrów, lecz ze spadkiem wysokości o jakieś 350 metrów. U św. Michała mieliśmy spotkać Piotra i Tomka czyli zdobywców Col du Galibier. Zastanawialiśmy się jak poradzą sobie na zjeździe z tak wysokiej przełęczy po załamaniu pogody. W dolinie szosa była śliska, momentami wciąż padało, a nawet grzmiało. Po dotarciu na miejsce przejechaliśmy na lewy brzeg L’Arc, gdzie u podnóża Col du Telegraphe odszukaliśmy nasz samochód. Niestety nie mieliśmy do niego klucza, więc skryliśmy się na przystanku autobusowym. Na moim czternastym etapie przejechaliśmy 75.5 kilometra o łącznym przewyższeniu 1827 metrów. Tymczasem nasi koledzy na dystansie około 70 kilometrów zrobili w pionie co najmniej 2250 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1036602806

http://veloviewer.com/activities/1036602806

ZDJĘCIA

20170614_061

Napisany w 2017a_Haute-Savoie & Savoie | Możliwość komentowania Valfrejus została wyłączona

Barrage de Plan d’Amont

Autor: admin o 14. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Modane

Wysokość: 2078 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1021 metrów

Długość: 14,9 kilometra

Średnie nachylenie: 6,9 %

Maksymalne nachylenie: 11,5 %

PROFIL

SCENA

Początek w Modane (Sabaudia). To miasteczko w górnej części Valle de la Maurienne, leżące nad rzeką L’Arc. Miejscowość ta wraz z okolicznymi wioskami ma niespełna 3200 mieszkańców. Położona jest między górskimi masywami Vanoise (na północy) i Mont Cenis (na południu) przy drodze regionalnej D1006 i zarazem na końcu Autoroute de la Maurienne czyli autostrady A43. Miasto to, choć niewielkie jest ważny punktem na drogowej mapie Francji. To tutaj znajduje się północny kraniec dwóch tuneli Frejus łączących francuską Sabaudię z włoskim Piemontem pod górami wspomnianego już masywu Mont-Cenis. Rzecz jasna jako pierwszy powstał tunel kolejowy. Budowano go przez 14 lat i otwarto we wrześniu 1871 roku. Liczy on sobie aż 13688 metrów i łączy Modane z Bardonecchią na terenie włoskiej Val di Susa. Tunel ten biegnie na średniej wysokości 1123 metrów n.p.m. z tendencją zwyżkową w kierunku Italii. Tak powstała bezpośrednia łączność kolejowa między Lyonem a Turynem. Dziś dzięki temu podziemnemu odcinkowi można pojechać z Paryża do Mediolanu szybkim pociągiem TGV. Z kolei tutejszy tunel drogowy został otwarty w lipcu 1980 roku. Jest nieco krótszy od kolejowego, bowiem ma długość 12895 metrów. Jest to najdłuższa tego typu przeprawa na granicy francusko-włoskiej i zarazem dziewiąta najdłuższa na świecie. Corocznie korzysta z niej przeszło półtora miliona kierowców. Przed rokiem w Modane zakończył się trzeci etap Tour de Savoie-Mont Blanc wygrany przez Francuza Pierre-Luca Perrichon z ekipy Fortuneo. Jednak do większych wyścigów kolarskich miasto to nie miało dotychczas szczęścia, choć leży pomiędzy wielkimi przełęczami Iseran i Galibier. Tour de France gościł tu „stacjonarnie” tylko dwa razy. Niemniej w obu przypadkach czyli w latach 2011 i 2015 miał tu miejsce jedynie start do dynamicznych górskich etapów, kończących się po przejechaniu około 110 kilometrów w słynnej stacji L’Alpe d’Huez.

Barrage de Plan d’Amont to jedna z dwóch tam wybudowanych w latach 50. ubiegłego wieku „u bram” do Parku Narodowego Vanoise. Najpierw w roku 1951 na wysokości 1970 metrów n.p.m. „wyrosła” tama tworząca dziś sztuczne jezioro Plan d’Aval. Pięć lat później ponad sto metrów wyżej ukończono budowę zapory na Le Plan d’Amont. Podjazd z Modane do podnóża wyższej z owych konstrukcji ma niemal 15 kilometrów i ponad 1000 metrów przewyższenia. Pierwsze siedem kilometrów tej wspinaczki prowadzi cały czas w kierunku północno-wschodnim po regionalnej szosie D215. Na tym odcinku wzniesienia nachylenie jest umiarkowane, acz zmienne tj. na średnim poziomie od 4,5 do 8%. Na początku ósmego kilometra droga skręca na północ i przez kolejne 1200 metrów wiedzie przez stację narciarską Aussois. W miejscowości tej dzień po naszej wizycie zakończył się pierwszy etap Tour de Savoie. Dubletem wygrali go młodzi Belgowie tzn. Jimmy Janssens z przewagą 21 sekund nad Bjorgiem Lambrechtem. Faworyzowany Kolumbijczyk Egan Bernal był ledwie dziesiąty ze stratą 1:54, lecz w kolejnych dniach z nawiązką odrobił tą stratę. W trzech poprzednich edycjach tego wyścigu Aussois bywała jedynie premią górską na etapach do Valmeinier czy Modane. Po zmianie D215 na górską drogę D108 stromizna znacznie wzrasta. Pięć kolejnych kilometrów od początku dziewiątego do końca trzynastego trzyma na średnim poziomie od 9 do 10%. Szlak ten trzykrotnie przecina wyciąg narciarski Grand Jeu. Po przejechaniu 13,4 kilometra dojeżdża się do punktu widokowego nad Plan d’Aval. Czternasty kilometr podjazdu jest bardzo łatwy, zaś na początku piętnastego trafiamy na rozjazd. W lewo i lekko w dół prowadzi szutrowa. Natomiast w prawo mamy stromy, acz szosowy wjazd na parking. Wspomniany zjazd po gruntowej drodze kończy się w połowie piętnastego kilometra. Na ostatnich 400 metrach znów czeka wspinaczka. Niezbyt trudna bo z nachyleniem do 7,4%, lecz prowadząca po kamienistym podłożu. Finał znajduje się na kolejnym małym parkingu, w cieniu okazałej konstrukcji z betonu.

AKCJA

Na trzecią z rzędu wycieczkę do Doliny Maurienne udaliśmy się we czterech. Darek zirytowany wydarzeniami wtorkowymi jak i znużony długimi dojazdami do najbardziej południowej z dolin Sabaudii postanowił trzymać się już do końca owej wyprawy „naszej” Vallee de la Tarentaise. Nadal miał tam kilka ciekawych miejsc do odkrycia. Na środę wybrał sobie Les Arcs czyli zespół stacji narciarskich położonych na południe od miasta Bourg-Saint-Maurice. Ośrodek ten, a dokładnie Arc 1800, gościł Tour de France w roku 1996. Etap siódmy z Chambery prowadzący po 200-kilometrowej trasie i przełęcze: Madeleine i Roselend wygrał tu Francuz Luc Leblanc. Finałowy podjazd został zapamiętany jako ten, na którym poległ wielki Miguel Indurain. Bask z Nawarry wygrał pięć wcześniejszych edycji „Wielkiej Pętli” i był faworytem również tego Touru. Tymczasem na ostatnich kilku kilometrach pierwszego górskiego odcinka spuchł niemiłosiernie tracąc do zwycięzcy aż 4:17. „Profi” finiszowali wówczas na wysokości 1700 metrów n.p.m. Tymczasem Dario (podobnie jak ja w lipcu 2009 roku) postawił sobie poprzeczkę znacznie wyżej. To znaczy pokonał 24-kilometrowy podjazd do stacji Arc 2000 znajdującej na wysokości 2144 metrów n.p.m. Gdy Darek ruszał do niej z miasta św. Maurycego ja i Roman mieliśmy już w nogach swe pierwsze z dwóch środowych wzniesień. Natomiast Piotr z Tomkiem od przeszło pół godziny wspinali się północnym szlakiem na Col du Galibier (2642 m. n.p.m.) czyli ku najbardziej legendarnej pośród wszystkich kolarskich przełęczy w Alpach francuskich. Ja od tej właśnie strony na mityczny Galibier wjechał już w sumie trzy razy. Najpierw w 2005 i 2006 roku biorąc udział w szosowym maratonie La Marmotte, a potem raz jeszcze w 2013 roku na czwartym etapie naszej Route des Grandes Alpes. Dlatego też na 14 czerwca 2017 roku wybrałem sobie inne cele. Na moje szczęście Romano przed czterema laty również wspiął się tą przełęcz, dzięki czemu w odkrywaniu dla siebie wzniesień mogłem liczyć na jego zacne towarzystwo.

Pedro i Tommy swoje zmagania z Col du Galibier i zarazem Col du Telegraphe (1566 m. n.p.m.) musieli zacząć w Saint-Michel-de-Maurienne, miejscowości oddalonej o równo 100 kilometrów od naszej bazy w Les Emptes. Z kolei oba „moje” podjazdy znajdowały się jeszcze 16 kilometrów dalej na wschód to znaczy po północnej i południowej stronie miasteczka Modane. Koledzy zaoszczędzili nam rozgrzewki w dolinie na odcinku ze stałą tendencją zwyżkową i dowieźli nas do podnóża naszych premii górskich. Potem zawrócili do miasta św. Michała by rzucić wyzwanie górze, która na trasie TdF po raz pierwszy pojawiła się już w roku 1911. W programie „Wielkiej Pętli” wystąpiła już 60-krotnie, z czego 34 razy po II Wojnie Światowej. Natomiast w 2011 roku stała się też najwyżej położonym etapowym finiszem w dziejach Touru, acz przy tej okazji wjechano na nią od łatwiejszej południowej strony. Godzi się przy tej okazji zwrócić uwagę, iż północny Galibier to dwie góry w jednej. Dystans między rzeką L’Arc a przełęczą to 35,1 kilometra. Przewyższenie netto wynosi tu 1928 metrów, lecz brutto aż 2095! Najpierw trzeba pokonać 12-kilometrowy Telegraphe ze średnim nachyleniem 7%, zaś następnie po 5-kilometrowy zjeździe do stacji Valloire, 18-kilometrowy Galibier ze średnią 6,8%, acz na ostatnich ośmiu kilometrach wynosi ona 8,3%! To niewątpliwie jedna z najtrudniejszych gór pośród tych, które zwykli pokonywać uczestnicy Wielkich Tourów. Na tle wyzwania jakie czekało naszych kompanów podjazdy, które sobie wybrałem prezentowały się niezbyt efektownie. Acz jedno z nich gwarantowało pokonanie w pionie przeszło 1000 metrów i zarazem wjazd na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m. Tym trudniejszym z dwojga miał być Barrage de Plan d’Amont. W ocenie „cyclingcols” bije on swego sąsiada z południa czyli Valfrejus na punkty, w stosunku 771 do 602. Dlatego też zgodnie z utartym zwyczajem w pierwszej kolejności – dokładnie zaś o godzinie 11:30 – ruszyliśmy na mocniejszego „przeciwnika”.

Z auta wysiedliśmy na parkingu przed supermarketem sieci Casino. Z tego miejsca trzeba było podjechać 300 metrów w kierunku wschodnim do ronda u zbiegu dróg D1006 i D215. Na starcie jak co dzień od tygodnia było upalnie. Tym razem 35 stopni, acz tym razem niebo już częściowo zachmurzone. Na samym początku przejechaliśmy na prawy brzeg L’Arc. Po chwili skręciliśmy w prawo i minęliśmy miejscowe kamieniołomy. Przez pierwsze siedem kilometrów mieliśmy jechać niemal cały czas w kierunku wschodnim. Na początku trzeciego kilometra minęliśmy ronda przed miejscowością Villarodin-Bourget (2,1 km). Niemniej z nią samą było nam nie po drodze, gdyż musieliśmy się trzymać szosy D215. Na piątym i szóstym kilometrze pobocza naszej drogi stały się zalesione. Niemniej niewiele z tego było dla nas pożytku czyli cienia, zaś temperatura nadal utrzymywała się na startowym poziomie. Maksymalnie osiągnęła tu 36 stopni i w zasadzie dopiero na ostatnich trzech kilometrach zaczęła szybko spadać do 25 stopni w cieniu zapory. Jechaliśmy zgodnie, bez żadnego zrywania tempa. Na siódmym kilometrze po prawej stronie gdzie cały czas widać było Valle de la Maurienne, dodatkowo pojawił nam się widok na Fort Marie Christine. To znaczy XIX-wieczną warownię, dziś przerobioną na Gite czyli schronisko z wyżywieniem. Skończywszy siódmy kilometr znaleźliśmy się w Aussois. Według stravy segment o długości 6,6 kilometra ze średnią 5,9% przejechaliśmy w 25:54 (avs. 15,3 km/h z VAM 902 m/h). Liderem na tym odcinku jest pochodzący z Brześcia nad Bugiem Andrei Krasilnikau, mistrz Białorusi z roku 2013, który to podczas Tour de Savoie 2014 przejechał ten sektor w 16:41 (avs. 23,8 km/h). W połowie ósmego kilometra skończyła się droga D215. Skręciliśmy w lewo na D108, która wkrótce przybrała wymowna nazwę Rue des Barrages.

Dalej już było tylko trudniej. Mając w nogach 8,2 kilometra zostawiliśmy za plecami ostatnie domy w Aussois. Po przebyciu 9,3 kilometra stromizna po raz pierwszy stała się dwucyfrowa. na razie było jeszcze 10,5%. Niemniej kilkaset metrów dalej licznik dwukrotnie zapędził mi się na pułap 11,5%. Na dziesiątym pokonaliśmy trzy wiraże, po czym ponownie wjechaliśmy w bardziej zalesioną okolicę. Pod koniec jedenastego kilometra droga skręciła na zachód. Kilometr dalej po raz ostatni przemknęły nad nią kanapy wyciągu Grand Jeu. Stromy podjazd trzymał zaś do początków czternastego kilometra. Tu przejechaliśmy przez „bramę” zwiastującą bliskość zapór wodnych z Aussois. Jeszcze dwieście coraz łatwiejszych metrów i już byliśmy na zakręcie w prawo przy punkcie widokowym na dolne jezioro. Według stravy segment o długości 5,6 kilometra i średniej 8,9% między Aussois a Plan d’Aval przejechaliśmy w 30:29 (avs. 11,1 km/h z VAM 986 m/h). Po zakręcie 450 metrów jazdy w niemal płaskim terenie, zanim pojawił się rozjazd. Odbiliśmy w prawo, bo tylko tak mogliśmy pozostać na twardej nawierzchni. Trafiliśmy na sztywną ściankę o stromiźnie do 11,5%, która doprowadziła nas parking już o szutrowym podłożu. Zatrzymaliśmy się tu na kilka minut, ale w końcu uznaliśmy iż jeszcze trochę do tamy na Plan d’Amont nam jeszcze trochę brakuje. Ruszyliśmy zatem dalej zjeżdżając po szutrze na druga stronę parkingu i już wkrótce znaleźliśmy się na kamienistej ścieżce, którą nieco wcześniej sobie darowaliśmy. Do mety przy drugim z tutejszych parkingów pozostało nam jeszcze niespełna 600 metrów. Końcówka prowadziła zrazu po płaskim, a potem pod górę, lecz przy umiarkowanym nachyleniu. na dobre zatrzymaliśmy po przejechaniu 14,9 kilometra w czasie netto 1h 06:41 (avs. 13,4 km/h). Po wielokroć cytowana tu przez mnie „strava” orzekła, iż najdłuższy z tutejszych segmentów o długości 13,5 kilometra i średniej 6,9% pokonaliśmy w 1h 00:28 (avs. 13,5 km/h z VAM 919 m/h).

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1036602813

http://veloviewer.com/activities/1036602813

ZDJĘCIA

20170614_001

FILMY

MAH02762

MAH02776

Napisany w 2017a_Haute-Savoie & Savoie | Możliwość komentowania Barrage de Plan d’Amont została wyłączona